POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 28 (2713) z dnia 2009-07-11; Polityka. Niezbędnik Inteligenta. Wydanie 18 ; s. 14-17

Cywilizacja. Nowe reguły komunikacji

Edwin Bendyk

www.anonim.kapital.

Kataryna to pseudonim, który przez lata osłaniał najsłynniejszą polską bloger­kę. Gdy jedna z gazet ujawniła jej tożsamość, w Internecie i prasie wybuchła gorąca dyskusja. Pozornie tylko dotyczy ona kwestii prawa do anonimowości, prywatności, wolności słowa. To jeden z symptomów znacznie poważniejszych przemian społecznych i kulturowych podkopujących współczesną cywilizację.

Przede wszystkim kruszeją fundamenty, na których opierała się pozycja establishmentów medialnych, politycznych i gospodarczych. Manuel Castells, amerykańsko-hiszpański socjolog, jeden z najwybitniejszych badaczy dzisiejszego sieciowego społeczeństwa, podczas swej niedawnej wizyty w Warszawie tłumaczył: „Media zawsze związane były z władzą. Źródłem władzy może być siła i przemoc. O wiele jednak ważniejsza jest kontrola umysłów. Stąd kluczowa dla problematyki władzy rola kultury i mediów”. Castells tłumaczy dalej, że porzucić należy naiwną koncepcję mediów jako czwartej władzy. Media bowiem z jednej strony są biznesem i to właśnie komercyjna logika ma duży wpływ na sposób, w jaki komponowane są gazety i programy telewizyjne. Jak bowiem mawiają Amerykanie, na koniec dnia chodzi o to, żeby bilans zysków i kosztów był dodatni. Treść dostarczana przez media ma przyciągnąć widownię, którą można „zmonetyzować”, oferując dotarcie do niej reklamodawcom.

Reklamodawca potrzebuje mediów, by dotrzeć do umysłu odbiorcy z komunikatem o swojej ofercie. Podobnie ludzie władzy potrzebują mediów, by uwodzić swych wyborców. Współczesna polityka jest polityką medialną, przekonuje Castells, a medium dominującym pozostaje telewizja, narzucająca podstawowe reguły gry publicznej debacie: co nie istnieje w telewizji, tego po prostu nie ma. Co jednak dzieje się, gdy świat mediów ewoluuje i za sprawą nowych technologii pojawiają się nowe formy społecznej komunikacji? Zmienić się musi także świat władzy i biznesu. W życie wchodzą kolejne roczniki pokolenia sieci, dla których medium centralnym nie jest już telewizja, lecz Internet. Dla nich nie istnieje to, czego nie ma w Google.

Internet jest klasycznym przykładem innowacji radykalnej. Pojawił się w przestrzeni społecznej nagle, traktowany początkowo jako techniczna ciekawostka, godna bardziej zainteresowania miłośników elektronicznych gadżetów i cyfrowych nowinek niż poważnych ludzi. Pierwsze poważne badania nad zachowaniem internautów zwracały uwagę na dziwną skłonność wielu użytkowników sieci do zabaw ze swoją tożsamością. Sherry Turkle, socjolożka z Massachusetts Institute of Technology, poddała głębokim obserwacjom pierwsze internetowe wspólnoty powstające na początku lat 90. XX stulecia. Z nowego medium korzystało wówczas zaledwie kilka milionów użytkowników na całym świecie, nikt jeszcze nie słyszał o Google, Facebooku i Naszej-klasie. Emocje wzbudzały toporne pod względem estetycznym i ubogie technicznie środowiska gier fabularnych, tzw. MUD. Ich uczestnicy porozumiewali się tekstem, za jego pomocą konstruując swoje wirtualne tożsamości i działania.

Życie na ekranie

Turkle podsumowała swe badania w kultowej już książce „Life on the Screen. Identity in the Age of the Internet” (Życie na ekranie. Tożsamość w epoce Internetu) opublikowanej w 1995 r. Opisuje w niej szokujący świat ludzi, którzy potrafią zanurzyć w sieci całe swoje życie, spędzając przed komputerem po kilkanaście godzin dziennie. Wirtualna przestrzeń staje się dla nich obszarem, gdzie mogą bezkarnie (niezupełnie, jak się potem okazało) eksperymentować ze swoją tożsamością – występować pod wieloma postaciami, zmieniać płeć. Amerykańska badaczka opisuje przypadki wirtualnych gwałtów i zastanawia się: to tylko słowa czy brutalna rzeczywistość? Bo badania psychologiczne nad ofiarami wirtualno-seksualnych napaści pokazały, że cierpią w podobnym stopniu jak ofiary przemocy seksualnej w świecie rzeczywistym.

Niepokojące, mroczne aspekty życia na ekranie ujawnione przez Turkle i innych wczesnych badaczy na wiele lat nadały ton publicznej dyskusji o Internecie, traktującej nowe medium jako śmietnik kultury. Dla Stanisława Lema, który wszystko przewidział, przyszłość zrealizowana stała się nie do zniesienia, a globalna wioska zamieniła się w globalną mordownię. „Nie wiem czemu, już teraz wykraczając poza obszar tych wszystkich elektronicznych zmagań, ideałem godnym ścigania i doścignięcia zdaje się fanatykom informacyjnej autostrady i jej bocznych odgałęzień (jak cyberspace) człowiek zamknięty w uszczelnionym kokonie elektronicznym, który z innymi ludźmi może się komunikować przede wszystkim za pośrednictwem sieci, który poprzez przewody, dzięki pajęczynie elektronowej, może, nie ruszając się z fotela, zastygły w jednym miejscu, zwiedzać kontynenty, nabywać, kupować, inwestować, poznawać innych ludzi, wieść z nimi dyskursy, grać w sto tysięcy rozmaitych gier i loterii, doznawać rozkosznych szoków na widok innopłciowej nagości, a wreszcie, jak to nazwałem ongiś, podlegać fantomatyzacji” – pisał Lem w 1994 r.

W ciągu piętnastu lat, jakie minęły od tamtego czasu, populacja cyberprzestrzeni zwielokrotniła się do 1,5 mld użytkowników. Emocje, jak pokazuje polski spór o Katarynę, narastają. Dla Lema pierwsze ekscesy Internetu były jeszcze tylko wyrazem zbydlęcenia współczesnej kultury. Dziesięć lat później pojawiły się też oskarżenia znacznie poważniejsze: Internet zabija kulturę, burząc wszystkie istotne dla niej wartości. Problem zdefiniował jasno Andrew Keen, Brytyjczyk mieszkający ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]