POLITYKA

Czwartek, 30 marca 2017

Polityka - nr 45 (2730) z dnia 2009-11-07; s. 86-88

Świat

Tomasz Zalewski

Wyczyścić i wytrzymać

Już niedługo prezydent Obama ogłosi, czy wyśle do Afganistanu kolejne 40 tys. wojsk. O to proszą go generałowie. Nie dając gwarancji, że to rozwiąże problem.

Przed podobnym dylematem stał 45 lat temu inny demokratyczny prezydent Lyndon B. Johnson, który za namową doradców zdecydował się na eskalację wojny w Wietnamie. Co było dalej, wiadomo. Czy obecna wojna musi się tak samo źle skończyć?

Sytuacja w Afganistanie pogarsza się od kilku lat, za co ekipa Obamy obwinia prezydenta Busha – pakując się w wojnę z Irakiem zaniedbał on kraj, w którym Al-Kaida znalazła azyl. Już w kampanii wyborczej Obama zapowiadał przerzucenie sił do Afganistanu, a po objęciu władzy nazwał operację afgańską „wojną nie z wyboru, a z konieczności”. Jednak Osama ibn Laden, jego zastępca Al-Zawahiri, a nawet przywódcy afgańskich talibów ukrywają się dziś w Pakistanie. Miejscowi islamiści także przystąpili do ofensywy. Liczący ponad 170 mln ludności i uzbrojony w broń nuklearną Pakistan to inny front tej samej wojny. Nie ma tam wojsk USA, tylko amerykańska broń i dolary, ale problem jest jeden: to Afganistan-Pakistan, w skrócie: AfPak.

W dwa miesiące po wprowadzeniu się do Białego Domu Obama ogłosił nową strategię wojny: była to, w przybliżeniu, afgańska wersja sprawdzonej w Iraku surge, czyli strategii, która polega na zwiększaniu liczby wojsk. Wysłano do Afganistanu dodatkowych 21 tys. żołnierzy, wzmacniając amerykański kontyngent do 68 tys. Przy pomocy 35 tys. wojsk NATO mieli oni, jak w Iraku, „czyścić i trzymać” zdobyte tereny oraz szkolić afgańskie siły rządowe. W Pakistanie główna rola przypadła dyplomatom. Specjalny wysłannik Richard Holbrooke miał przekonać tamtejszy rząd, by pojednał się z odwiecznym wrogiem, Indiami, przerzucił więcej sił na zachodnią granicę i podjął walkę z miejscowymi talibami. Za perswazją stoją pieniądze: w Kongresie przepchnięto dodatkowe 7,5 mld dol. na pomoc dla Pakistanu.

Ale w Afganistanie talibowie wciąż zyskiwali teren, a straty sił USA i międzynarodowej koalicji rosły: w lecie były najwyższe od początku wojny. Talibowie, sprzymierzeni z dwoma innymi islamskimi ugrupowaniami, dowodzonymi przez Sirajuddina Haqqani i Gulbuddina Hekmatjara, opanowali większość terytoriów na pasztuńskim południu i wschodzie kraju. Centralny rząd kontroluje tylko Kabul; reszta Afganistanu pozostaje pod władzą talibów i lokalnych watażków. Skorumpowany prezydent Hamid Karzaj podważył swój i tak wątpliwy tytuł do władzy fałszując w sierpniu wybory. Podstawą gospodarki kraju stała się produkcja opium i handel heroiną, co przynosi talibom kolosalne dochody, ułatwiające werbunek mudżahedinów. W Pakistanie nie jest lepiej – kiedy talibowie wkroczyli do doliny Swat i zbliżyli się do stolicy kraju, rząd przestraszył się i w zamian za zawieszenie broni zezwolił talibom na utrzymanie władzy w dolinie.

A miliardowa pomoc USA wywołała tylko dodatkową awanturę. Ponieważ kongresmani przyznając ją postawili warunek, że nie może być zmarnowana. Wówczas pakistańscy politycy uznali, że jankesi ograniczają suwerenność ich kraju i obrazili się. W maju Obama wymienił dowódcę w Afganistanie. Generała McKiernana zastąpił generał Stanley McChrystal, weteran sił specjalnych z Iraku. Skorygował on strategię poprzednika – teraz ochrona ludności cywilnej i nawiązywanie kontaktów z Afgańczykami miały być priorytetem. McChrystal próbuje też przeciągać na stronę koalicji szeregowych islamistów, jak to zrobiono w Iraku, gdzie dziesiątki tysięcy sunnitów przekupiono, aby zaprzestali walk i zatrudnili się w policji. Zabiegi generała przynoszą rezultaty mieszane. Gdzieniegdzie na południu bezpieczeństwo się poprawiło, a tamtejsze miasto Nawa wszyscy przytaczają jako przykład sukcesu nowej strategii. Gdzie indziej zmian nie widać. W południowo-wschodniej prowincji Chost liczba ataków na siły koalicji wzrosła w tym roku o 30 proc., a miejscowa siatka Haqqaniego utrzymuje bliskie związki z Al-Kaidą.

McChrystal podkreśla, że sytuacja w Nawa poprawiła się dlatego, że przysłano tam dodatkowe wojska. Pod koniec sierpnia generał opracował raport na temat Afganistanu, w którym napisał, że jeżeli nie dostanie minimum 40 tys. żołnierzy ekstra, a najlepiej dwa razy tyle, afgańska operacja rozsypie się; nie gwarantował przy tym, że dodatkowe wojska zapewnią zwycięstwo. Raport przeciekł do dziennika „Washington Post” i spowodował burzę, a debata o strategii miała się odbywać przy drzwiach zamkniętych. Po ujawnieniu raportu McChrystal zaczął w dodatku bronić swej wizji publicznie, a prasa podała, że popierają go inni dowódcy. Wyglądało to na konflikt wojskowych z cywilami w rządzie, rzadki w USA od czasu sporu prezydenta Trumana z generałem McArthurem.

Złe wieści z frontu sprawiły, że wojna, dotąd uznawana przez Amerykanów za uzasadnioną, zaczęła tracić poparcie. We wrześniu wpływowy konserwatywny publicysta George Will napisał, że trzeba się z Afganistanu wycofać i walkę z Al-Kaidą ograniczyć do antyterrorystycznych akcji sił specjalnych, bombardowań ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]