POLITYKA

Niedziela, 24 września 2017

Polityka - nr 25 (2659) z dnia 2008-06-21; Polityka. Niezbędnik Inteligenta. Wydanie 15; s. 9-13

Postawy. Naród i nacjonalizm

Waldemar Kuligowski

Wynalezione tradycje wymyślonych narodów czyli o nacjonalizmie inaczej

Jesteśmy w środku Euro 2008. Z pozoru to tylko piłkarskie zmagania o tytuł najlepszej drużyny na kontynencie. Ale przyjrzyjmy się oprawie i kibicom: twarze w barwach narodowych, gadżety z narodowymi symbolami. Dobra okazja, by uzmysłowić sobie, że także kultura popularna i banalna codzienność efektywnie tkają poczucie narodowej przynależności.

Naród nadal pozostaje jedną z najważniejszych form identyfikacji, zarówno dla jednostek, jak i grup ludzkich. Dzieje się tak wbrew diagnozom licznych badaczy fenomenu globalizacji, którzy mówiąc o zmierzchu państwa narodowego, wskazują na rosnące znaczenie ponadpaństwowych i ponadnarodowych instytucji (od Banku Światowego po Greenpeace). Dzieje się tak również mimo ostatnich doświadczeń wojny, które, po bałkańskiej lekcji, powinny – jak utrzymuje Mesut Yilmaz, były premier Turcji – „zmusić nas do przezwyciężenia wiary w państwo narodowe jako jedyną opcję polityczną. Niestety, nie mamy nic innego na podorędziu”. Sytuacja jest zatem taka, że ani mondializacja tradycji i wartości, ani dostrzeżenie absurdu wojny, ani nawet żałobne pieśni humanistów lamentujących nad zanikiem trwałej i danej raz na zawsze tożsamości nie położyły kresu istnienia narodów.

Przyjrzenie się współczesnym debatom na ten temat przekonuje, że w dyskursie dotyczącym narodu wyodrębniają się dwie główne tendencje. Pierwsza z nich uczy spoglądania na naród jako na pojęcie o charakterze operacyjnym; postrzega się go tutaj w kategoriach fenomenu powstałego w wyniku chaotycznych przemian historycznych, a o realności jego istnienia przesądzać ma czysty pragmatyzm (na przykład funkcje państwotwórcze). Ważna w tym kontekście jest wciąż myśl Maksa Webera, dla którego naród to zaledwie „największa z grup przejawiających wiarę we wspólne pochodzenie”. Charakterystyczne dla tej tendencji jest przekonanie, że narody pojmowane jako byty naturalne, jako dany od Boga sposób klasyfikowania ludzi, krzepnący od zawsze wedle nieuchronnych prawideł dziejów, że takie narody w rzeczywistości nie istnieją, są mrzonką. Podkreśla się okoliczność, że koncepcja narodu pojawiła się w Europie i w europejskich diasporach Nowego Świata stosunkowo niedawno, bo w XIX w., jako efekt „drukowanego kapitalizmu” z jednej strony i ideologicznych zabiegów ówczesnych historiografów z drugiej. Przez zdecydowaną większość swojej historii ludzkość doskonale obywała się bez narodu i wymuszanej przezeń lojalności.

Antypodą tej perspektywy jest tendencja, w ramach której jak najbardziej serio rozprawia się o nieubłaganej logice dziejów zmierzających do powstania wspólnot narodowych, o świętych tradycjach, prastarych podstawach tożsamości, odwiecznych wrogach i odwiecznych przyjaciołach, takichże zasługach i przeznaczeniu. Regułę tego typu myślenia celnie spuentował Jerzy Szacki, pisząc: „Dopuszczalna jest myśl o tym, że jakieś inne narody zostały sztucznie wymyślone, z reguły jednak jest się pewnym, że własny naród jest bytem naturalnym i koniecznym, czy nawet, jak sądzi wielu ideologów, posiadającym sankcję nadprzyrodzoną”. Człowiekiem z definicji nieszczęśliwym, być może nawet istotą nie do pomyślenia, jest w tym świetle osoba bez narodu, pozbawiona przywileju tego typu identyfikacji, osoba bez świętych korzeni, bez przeszłości i bez przyrodzonego jakoby miejsca; podział ludzkości na narody jest tutaj tożsamy z podziałem zwierząt na gatunki naturalne.

Wynajdywanie wieczności

W rozpowszechnionych do niedawna ujęciach kształtowanie się narodu ukazywano przede wszystkim przez pryzmat krystalizowania się takich wspólnot budujących elementów, jak wspólny język, pochodzenie, historia, walka, wartości i wiara. Na tych właśnie filarach opierały się powstające w końcu XVIII w. wyobrażenia Europy narodów, kreujące naród na podstawową jednostkę identyfikacji. To dominujące spojrzenie zostało jednak zakwestionowane przez przedstawicieli różnych dyscyplin, którzy niezależnie od siebie opublikowali trzy prace otwierające nowy rozdział w refleksji nad powstaniem i funkcjonowaniem narodu. Te przełomowe książki ukazały się jednocześnie w 1983 r.

Myślę w tym miejscu, po pierwsze, o książce brytyjskiego antropologa Ernesta Gellnera „Narody i nacjonalizm”. Autor wykazał w niej, że nacjonalizm – będący ideologią jednoczącą sfragmentaryzowane społeczeństwo industrialne – poprzedzając istnienie narodu, stwarza ów naród, a nie na odwrót. Dzieje się tak na drodze radykalnych przeobrażeń: ożywania martwego języka, wymyślania tradycji, wskrzeszania pierwotnej, fikcyjnej czystości. Kultury, które nacjonalizm ma bronić bądź podnosić z martwych, są bardzo często jego własnym wymysłem. „Realnie – podkreślał Gellner – istnieje tylko nacjonalizm, który czasem przekształca zastane kultury w narody, czasem owe kultury wymyśla, a często je unicestwia”.

Dwie pozostałe prace to „Wspólnoty wyobrażone” Benedicta Andersona oraz tom pod redakcją Ericka Hobsbawma i Terence’a Rangera „Wynalezienie tradycji”. Jakkolwiek istnieje różnica pomiędzy „wyobrażonym” a „wynalezionym”, książki te ustanowiły nową perspektywę dla badań grup etnicznych, narodów i nacjonalizmów. Anderson kładł nacisk na to, w jaki sposób udało się przekonać członków wielomilionowych populacji do odczuwania bliskości i związku z tymi nawet, z którymi nigdy nie będą mogli poznać się osobiście. <...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]