POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 7 (3098) z dnia 2017-02-15; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Wypadek

Według oficjalnych i osobistych zapewnień Pani Premier Beata Szydło nie odniosła, na szczęście, poważniejszych obrażeń w wypadku rządowego auta, a inni, ciężej poszkodowani, są w dobrym stanie. Media przez parę dni rozkładały ten wypadek na śrubki, więc przebieg zdarzenia jest w zasadzie znany. Jeśli pominąć bezczelne oszustwo TVP, która w swojej animacji podwójną linię ciągłą zamieniła w przerywaną, fachowcy i amatorzy mówią to samo: młody kierowca, mimo migających z tyłu świateł rządowej kolumny, próbował skręcić w lewo, nie spodziewając się, że na pasie przewidzianym do ruchu w przeciwną stronę, odgrodzonym podwójną linią, znajdzie się uprzywilejowany pojazd. Potem gwałtowna reakcja kierowcy BOR, zjazd na pobocze i uderzenie opancerzonego pojazdu w drzewo. Tyle samego wypadku. Reszta to kontekst i następstwa.

Przede wszystkim, w stosunkowo krótkim czasie mieliśmy całą sekwencję vipowskich karamboli: pan prezydent, minister obrony narodowej, pani premier. Wszystkie skończyły się bez ofiar w ludziach – choć w każdym przypadku mogło dojść do tragedii; przy czym bardziej narażeni byli postronni użytkownicy drogi niż tzw. osoby chronione. Za każdym razem uprzywilejowane kolumny przemieszczały się po kraju, niekiedy z ogromną szybkością (prezydent, minister obrony) z błahych powodów: Andrzej Duda wracał z nart, min. Macierewicz pędził od o. Rydzyka, żeby zdążyć na galę przyznania Jarosławowi Kaczyńskiemu tytułu Człowieka Wolności; pani premier jechała na weekend do domu. Oczywiście można przyjąć, że ludzie władzy zawsze są w pracy i zawsze uprzywilejowani, ale – z punktu widzenia ich, powiedzmy, statutowych obowiązków służbowych – to jednak były podróże prywatne i (cytując jedno z ulubionych kampanijnych haseł Beaty Szydło) trochę „pokory”, tu akurat komunikacyjnej (koguty, syreny, kolumny aut, przejazdy na czerwonym świetle itp.), by nie zaszkodziło.

W każdym wypadku mieliśmy do czynienia z błędami kierowców i organizatorów przejazdu (choćby opony prezydenckiej limuzyny), naruszeniem czy lekceważeniem procedur, przekonaniem, że „z tym pasażerem” trzeba zdążyć i że bez względu na okoliczności „musi się udać”. Psychologicznie to można zrozumieć. Biuro Ochrony Rządu, jak inne służby państwowe, padło ofiarą nieufności i podejrzliwości nowej władzy. Masowe zwolnienia funkcjonariuszy BOR i przyjmowanie na łapu-capu nowych oznaczają skrajną destabilizację służby (w ciągu roku z tej liczbowo elitarnej jednostki odeszło, jak podał sam min. Błaszczak, 70 osób, przyjęto 137). Każdy pracownik musi się więc obawiać utraty pracy i starać (za wszelką cenę?) przypodobać „osobie chronionej”. Nieprzypadkowo w tym kontekście karierę zrobiło określenie „tupolewizm”, użyte w „Gazecie Prawnej” dla opisu innego, niedawnego skandaliku komunikacyjnego, jakim było niefrasobliwe przepełnienie rządowego samolotu wracającego z Londynu (tam, na szczęście, zbuntowali się piloci). Nie chcę uogólniać, ale czy nie widać tego samego mentalnego nastawienia niemal we wszystkim, co robi obecna władza: rewolucyjny pośpiech, arogancja, lekceważenie procedur i przepisów, przekonanie o własnej szczególnej misji i że zawsze „jakoś to będzie”, byle wyszło na nasze. Przymierzmy to choćby do tzw. reformy edukacji, wymiaru sprawiedliwości, zmian w wojsku czy ostatnio ustawy warszawskiej. Czysty tupolewizm.

Ale bodaj jeszcze bardziej specyficzny jest sposób reagowania władzy na – znów, niemal każdy – wypadek czy kłopot. Obejrzeliśmy ten schemat przy okazji kolizji auta Pani Premier. Więc najpierw wyginanie faktów (znika podwójna ciągła; kierowca BOR – choć dokumenty mówią co innego – był należycie przeszkolony itp.). Następnie odbywa się pośpieszne wskazywanie winnych; prok. Hnatko mówi, że „różni świadkowie różnie zeznają” (w sprawie prędkości i używania sygnałów), ale młody kierowca już „usłyszał zarzuty, zagrożone karą do 3 lat więzienia”.

Komentująca zdarzenie konferencja prasowa min. Mariusza Błaszczaka mogłaby zresztą żywcem trafić do kabaretu „Ucho prezesa”, gdyby nie w sumie dramatyczne okoliczności. Pytany o serię wypadków rządowych aut, minister oświadczył: „Zmiany w BOR następują. Przynoszą wymierne rezultaty” (w telewizyjnych sitcomach w tym momencie rozlegałyby się huragany śmiechu). Odpowiedzialnością za (niepopełnione przecież) błędy służb minister obarczył zdymisjonowanego przed 3 laty szefa BOR gen. Janickiego, który – tak jak opozycja używająca języka nienawiści – jest „człowiekiem pozbawionym honoru” i trzeba po nim sprzątać, choć kierowca pani premier był znakomity i doświadczony, bo pracował w BOR kilkanaście lat. Po tym precyzyjnym wywodzie zapowiedziano tradycyjny odwet, czyli „dogłębne zmiany w BOR”, zwieńczone nową nazwą. Wiceminister Jarosław Zieliński już proponuje, aby była to – a jakże – „oparta na etosie Armii Krajowej” (!) Narodowa Służba Ochrony. (NSO wymawia się – a właściwie wykrzykuje – marnie, więc może, jeś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]