POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 3 (3094) z dnia 2017-01-18; s. 9

Ludzie i wydarzenia / Zygmunt Bauman 1925–2017

Jacek Żakowski

Yoda z Leeds

„Kochani,
Zygmunt odszedł do płynnej wieczności dziś 9 stycznia 2017 roku. Pożegnałam się z nim w domu w Leeds wśród najbliższej rodziny,
Ola”

W poniedziałek 9 stycznia o 16.30 taki mail wysłany przez prof. Aleksandrę Kanię, od niedawna żonę Zygmunta Baumana, zburzył popołudniowy spokój kilkunastu osób w Polsce. W tym mój. A potem zrobił to samo setkom tysięcy ludzi niemal w całym świecie. Od Ameryki, gdzie „New York Times” pisał o śmierci „jednego z najbardziej uznanych i twórczych europejskich socjologów”, przez Australię, gdzie prof. Irfan Ahmad z Katolickiego Uniwersytetu w Melbourne pisał, że „nauka straciła jednego z najbardziej błyskotliwych i wpływowych autorów naszego czasu”, po Indie, gdzie dziennik „The Hindu” pisał o śmierci „jednego z najbardziej wpływowych i twórczych Europejczyków”.

Od drugiej wojny światowej nie było – może poza Grotowskim i Lemem – polskiego intelektualisty, który cieszył się podobnym jak Bauman globalnym zainteresowaniem. I to zarówno w kręgach akademickich, jak i w kulturze masowej. Polski mędrzec z Leeds stał się pod koniec życia jedną z intelektualnych ikon późnej nowoczesności. Książki, które po przejściu na uniwersytecką emeryturę wyrzucał z siebie jak karabin maszynowy, były zaczynami debat od Brazylii po Afrykę Południową. Al Jazeera, która, przypominając swoją ostatnią półgodzinną rozmowę z Baumanem, mówiła o śmierci „jednego z najważniejszych filozofów epoki”, zrobiła nawet rysunkowy serial złożony z animacji ilustrujących wypowiedzi Baumana na takie tematy, jak szczęście czy zderzenie migrantów z Zachodem.

Co takiego miał w sobie Zygmunt Bauman, że im gorzej nasz świat czuł się z sobą, im bardziej stawaliśmy się spięci, niepewni swego miejsca w teraźniejszości i przestraszeni przyszłością, tym większej globalnej wartości nabierała intelektualna waluta, którą emitował?

Twórcza przenikliwość połączona z intelektualną odwagą była jego wielką siłą. Bez nich nie ogłosiłby swojej fundamentalnej tezy, która przyniosła mu światowy rozgłos, falę krytyki i trwałe miejsce w globalnej debacie („Modernity and The Holocaust”, Cornell University Press, 1989; wyd. pol.: „Nowoczesność i Zagłada”, Fundacja Kulturalna Masada, 1992). Mówi ona, że największe zbrodnie XX w. – nazizm, stalinizm, mordowanie narodów, a zwłaszcza Holocaust i hitlerowskie obozy zagłady – nie były aberracją zachodniej cywilizacji, lecz naturalną konsekwencją pysznego oświeceniowego rozumu wierzącego, iż umie zbudować dobry świat. Bauman stwierdził to z głębi doświadczenia. Jako młody komunista, tuż po wojnie, też w możliwość takiego dobrego świata wierzył, dopóki nie zrozumiał, że świat może być lepszy tylko trochę, a kto liczy na więcej, ten ryzykuje ściągnięcie wielkiego nieszczęścia.

Drugą kluczową Baumanowską cechą była konsekwencja. Fascynowała go ponowoczesność jako reakcja na ryzyko nowoczesności, ale gdy doszedł do wniosku, że nowa kultura ma ziarna nowych nieszczęść, ogłosił to bez wahania („Postmodernity and its discontents”, New York University Press, 1997; wyd. pol. „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, Wydawnictwo Sic!, 2000). Zaczął wtedy rozwijać swoją autorską koncepcję płynnej nowoczesności, której kluczowymi faktami są zmienność, niepewność, niedookreśloność, czyli brak twardego, racjonalistycznego, „inżynierskiego”, umasowiającego, porządkującego i uspokajającego ludzi jądra klasycznej nowoczesności. Przez kilkanaście lat badał wpływ „płynności” na różne sfery życia od kultury, lęku, samotności i odrzucenia „zbędnych” po miłość.

Klucz do wielkości Baumana był jednak raczej w emocji niż w encyklopedycznej treści. Bo wśród wybitnych krytyków społecznych późnej nowoczesności i – jak mówił – interregnum, które nastąpiło po 2008 r., najmocniej wyróżniała go empatyczna, intymna relacja ze światem, społeczeństwami i ludźmi. Objaśniał, ale nie potępiał. Przestrzegał, ale nie sądził. Nawet nie jestem pewien, czy oceniał.

Im płynność bardziej dawała się ludziom we znaki, tym bardziej tonął pod zaproszeniami z najodleglejszych miejsc, bo oferując swą – zakorzenioną w doświadczeniu oraz w ciągle uzupełnianej erudycji – mądrość, dawał odczuć, że nas wszystkich(!) lubi i szanuje, a także, iż lubi ten rozpędzony, fascynujący, bolesny ludzki świat, któremu trzeba pomagać rozumieniem, żeby stawał się w miarę możliwości lepszy i by przetrwał. „Dobre społeczeństwo – powtarzał – to takie, które uważa, że nie jest dość dobre”.

Wielką zwycięską próbą jego konceptu i podejścia do świata był kryzys migracyjny. Wrogie przyjęcie uchodźców przez część zachodnich społeczeństw opisał empatycznie jako zderzenie doświadczenia dwóch grup – przybyszów i miejscowych prekariuszy – wyzutych ze swego miejsca w świecie i pozbawionych elementarnej egzystencjalnej pewności. Źródło nienawiści widział ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]