POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 35-37

Społeczeństwo

Edyta Gietka

Zacumowane

Żony marynarzy budzą zawiść innych żon. Złowiły jeleni i trwonią ich dolary w solariach.

Przypadli sobie z K. do gustu na dyskotece w Sopocie. Choć ją uprzedzał o długoterminowych rozłąkach, przystała na ten dyskomfort. Odpłynął zimą. Ona, już przy nadziei, chlipała, odśnieżając samochód, on w krótkich spodenkach dodawał jej otuchy ze Skype’a. Googlowała opowieści o marynarzach i ich filigranowych tajskich kochankach w każdym porcie. Odrapanych burdelach z blachy falistej z przepierzeniami na łóżka. W radiu Krzysztof Krawczyk śpiewał o wesołym życiu na łajbie, z gitarą, beczką rumu i papugą na ramieniu. Nasłuchawszy się, była gotowa odejść z niemowlęciem.

Otworzyła stronę www.zonamarynarza.pl, szukając do siebie podobnych. Początkowo miały obawy. Wyobrażały sobie, że będą się nawzajem licytować, która ma lepszy ekspres do kawy. Z biegiem bloga odezwało się kilka tysięcy.

Syk – A między nami, zrobiłaś badania, kto jest tatusiem? – napisał do K. jakiś morski ekspert, znający się na statkach z racji corocznych wakacji w Międzyzdrojach.

Trudno powiedzieć, dlaczego na lądzie nie budzą sympatii. Żonom pilotów, hutników, posłów nikt nie wytyka czerwonych paznokci. Górnikowemarynarzowymi wręcz licytują się na niebezpieczeństwo. Te pierwsze przywołują gusowskie statystyki. Tymczasem GUS dawno stracił kontakt z marynarskim gospodarstwem domowym. Od dekad nasi marynarze nie pływają pod polską banderą. Nawet nie wiadomo, ilu ich jest. Mówi się o 300 tys. (plus minus każdy ma żonę). Wożą chińskie ciuchy, ropę, gaz, łatają rury na oceanach, ciągną kable, stawiają elektrownie na wiatr. Cytując Rzymian: „Żeglowanie jest koniecznością, życie koniecznością nie jest”. Niektórzy nawet narażeni na piratów.

Pani G. z racji, że żona z niej już niemłoda, świadek ustrojowych zmian, będąc położną, odbierała marynarskie dzieci. Po salach zawsze niósł się szmer, że ich matki to prostaczki. Powychodziły z PGR, połowiły marynarzy, a teraz oczy okrągłe jak dolary, w garażu jaguar, w szafie norki, a na statku jeleń. Że kawka, garsoneczka, makijażyk. Powodów tych zgryźliwości G. szukałaby w latach 70., kiedy na bałtyckie wczasy przyjeżdżały familie śląskie. Korpulentne żony z familoków drażnił widok kapitanowych z zadbanymi piętami na wysokich obcasach. W wózeczkach razem z dziećmi bujały się kiście bananów, humana i mleko w kartonie, a po parawanach niósł zapach pomarańczy.

Te czasy minęły. Choć dla górnikowych skończyły się kartki na mięso, a dla marynarzowych dewizy, jad pozostał. Sfrustrowani ludzie stacjonarni, widzący w marynarskim stylu życia nieustanną przygodę, dalej obrażają kapitańskie kobiety. Mają do dyspozycji sieć:

„Znam kilka tych rzekomo samodzielnych pań dość dogłębnie i nie zawsze trzymają w dłoni młotek”; „Obecnie jako »fachowiec« obrabiam drugą na monitorowanym osiedlu, poprzednia zestarzała się”; „To musi być ciężkie życie borykać się ze śniegiem, gwoździem, odkręceniem słoika i nadmiarem pieniędzy tych rzekomo samotnych matek”; „Kto widział samotność w XXI wieku przy nowych technologiach?”; „Dla polskich tłuków bez perspektyw to intratna posadka, zasuwanie na kolanach jako mechanik w towarzystwie innych tłuków”; „Masochiści w śmierdzących łódkach”; „Niedomyte pijaczki z kompleksem Mojżesza”.

Nie pozostają dłużni. Odpyskują Zenkom budowlańcom z lądu, posiadaczom średniej krajowej, którzy siedzą przy grochówkach, bo na sznycel ich nie stać, i zazdroszczą: „Co wy wiecie o pływaniu?”; „Drodzy frustraci, naciągacie nasze dobrze sytuowane kobiety na robociznach przy każdej okazji, windujecie ceny materiałów, a potem stoicie z rodzinkami w kościele pod głównym ołtarzem”; „Blokowe prymitywy”; „Sfrustrowane biurowe szczury, siedzicie w swoich boksach, co chwila fajeczka, ploteczka, kradniecie, co się da, nawet firmowe długopisy. Do tego zdradzacie się na wyjazdach integracyjnych. I to jest, k..., wasza rzeczywistość”.

Seks Wracając do pani G., świadkowej ustrojowych zmian. Mimo wnucząt wciąż nieoziębła uczuciowo. Odbiera esemesy od męża z drugiego końca świata brzmiące: Jak się dziś masz, cipeczko?, ciągle się rumieniąc. Małżonkom zramolałym w swoim towarzystwie z powodu kilkudziesięciu lat ciurkiem pod jednym dachem zdaje się niemożliwe zwracać się tak do siebie na stare lata. Gdy dzieci ludzi stacjonarnych odchodzą z domów, często zaczynają kapcanieć.

Tymczasem u niej wieczna randka. Weźmy tą sprzed roku, kiedy jego gazowiec po dwóch miesiącach rozłąki przycumował na przeładunek do portu w Świnoujściu. Stała wystrojona na 20-stopniowym mrozie, karczemnie wykłócając się o spotkanie, a razem z nią 15 innych. Dzieliło je od mężó...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]