POLITYKA

Sobota, 22 lipca 2017

Polityka - nr 9 (3100) z dnia 2017-03-01; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj

Rafał Kalukin

Zalatana premier

Rządowe kolumny sieją popłoch na polskich drogach. Wojskowe casy swoje kosztują, a jeszcze trzeba naginać procedury. A wszystko po to, aby premier Szydło mogła spędzić weekend z bliskimi. Może lepiej, aby na czas pełnienia funkcji jej dom był w Warszawie?

Nie dalej jak miesiąc temu prawicowy portal wPolityce.pl demaskował „szokujące przykłady rozpasania i nieliczenia się z publicznymi pieniędzmi” w Trybunale Konstytucyjnym. Polegać one miały na tym, że na przestrzeni czterech lat wydano 55 tys. zł na pożegnalne kolacje dla siedmiu sędziów, którym kończyły się kadencje. Ów „szokujący” news został natychmiast podchwycony przez propagandę obozu władzy w ramach akcji zohydzania TK.

Skoro takie to było rozpasanie, to jak w takim razie nazwać ujawnione w ubiegłym tygodniu szczegóły weekendowych wypadów Beaty Szydło do domu? Mniej więcej tyle, ile sędziowie przejedli w siedem lat, pani premier wylatuje wojskową casą każdego tygodnia – licząc koszty samego przelotu w obie strony (35 tys. zł) oraz towarzyszące podróży dodatkowe wydatki (w tym kolacje).

Sejmowa debata nad informacją rządu o wykorzystywaniu przez prezydenta i premier „wojskowych samolotów CASA do celów prywatnych” nie przyniosła konkluzji. Rząd tłumaczył, że sięganie po casę wynika z budżetowej troski. Lot z Warszawy do Krakowa i z powrotem kosztuje bowiem tyle, ile godzina lotu cywilnego embraera, z którego przez siedem lat z równą intensywnością jak dziś Szydło korzystał wcześniej Donald Tusk. Opozycja nie bez racji odpowiadała, że to tłumaczenia bałamutne: może i casa lata taniej, ale za stojące w hangarach leasingowane przez rząd embraery i tak trzeba Lotowi płacić. Zresztą od buchalterii znacznie ważniejsze są przecież kwestie bezpieczeństwa. Czy procedury towarzyszące lotom wojskowym dostatecznie chronią najważniejsze osoby w państwie? Czy piloci wojskowi, szkoleni pod innym kątem niż ich cywilni koledzy, mają odpowiednie uprawnienia? Wreszcie – czy lot do domu można w ogóle uznać za część obowiązków służbowych pani premier, co by uzasadniało użyczenie wojskowego samolotu? Wątpliwości nie zostały rozwiane, znacznie więcej szumu narobiły za to skandaliczne słowa wiceszefa MON Bartosza Kownackiego pod adresem PO: „Milczcie, bo macie krew na rękach”. W obecnej Polsce wszystkie drogi tak czy inaczej prowadzą do Smoleńska.

Po szaleńczym rajdzie kolumny Macierewicza i groźnym wypadku limuzyny Beaty Szydło temat poruszania się vipów, kiedyś będący medialnym wypełniaczem w okresach politycznej posuchy, awansował do rangi pierwszoplanowych. Amatorskie filmiki z mknącymi na złamanie karku prezydenckimi bądź premierowskimi kolumnami aut od jakiegoś czasu robią furorę w internecie. Zwłaszcza gdy kontrastowane bywają z nagraniem kanadyjskiego premiera Justina Trudeau, który w oczekiwaniu na lot spokojnie sobie spaceruje po terminalu lotniska, wymieniając uściski dłoni i strzelając „selfiki” z przypadkowo spotykanymi ludźmi. Obrazek tak sielski, że chciałoby się natychmiast importować ten standard nad Wisłę, bo nic tak nie krzepi, jak władza naprawdę bliska obywatelom. Tyle że przy naszym poziomie konfliktu politycznego to raczej niemożliwe.

Otwarte pozostaje więc pytanie, jak pani premier powinna przemieszczać się w rodzinne strony? Kolumny samochodowe nie dość, że regularnie wprawiają w dygot mieszkańców miasteczek, które miały pecha znaleźć się przy trasie przejazdu, to jeszcze stanowią realne zagrożenie w ruchu drogowym. Loty zaś są drogie, obciążone proceduralnymi znakami zapytania i gorszące opinię publiczną. Może więc premier po prostu powinna zaprzestać wypadów do domu?

W przeszłości nie były one wcale takie oczywiste. Kilku premierów mieszkało na stałe w Warszawie, więc problemu w ogóle nie było. Pierwszym spoza stolicy był gdańszczanin Jan Krzysztof Bielecki. Tak był jednak zawalony pracą (jego premierowanie przypadło na 1991 r., zdecydowanie najtrudniejszy w dziejach polskiej transformacji), że wolne weekendy pozostawały w sferze marzeń. Co najwyżej zdarzało mu się w niedzielny wieczór wyskoczyć gdzieś na miasto w samej Warszawie. Nie zawiadamiając nawet BOR, po prostu wsiadał wtedy za kierownicę odziedziczonego jeszcze po gen. Kiszczaku niewielkiego peugeota 205.

Włodzimierz Cimoszewicz spędzał weekendy w Hajnówce, do której wyprowadził się jeszcze w latach 80. Z drugiej strony jego białowieska samotnia bywała też wykorzystywana do celów państwowych: bywali tam ważni goście ze świata, również koronowane głowy. Za to gliwiczanin Jerzy Buzek na dobre zamieszkał w premierowskiej willi w rządowym kompleksie przy ul. Parkowej, co zresztą wynikało po części z rodzinnych problemów premiera. Kazimierz Marcinkiewicz do rodzinnego Gorzowa wpadał sporadycznie, częściej jego ówczesna małżonka spędzała za to weekendy w stolicy.

Ugruntowany zwyczaj stałych, cotygodniowych podróży do domu tak naprawdę wprowadził dopiero sopocianin Donald Tusk. Co prawda pani premierowej czasem też zdarzało się pomieszkiwać na Parkowej, lecz niespecjalnie lubiła to miejsce. Szef rządu PO najczęściej już w piątek po południu odlatywał do Gdańska, a wracał do stolicy dopiero w poniedziałek, choć płacił ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]