POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 29 (3119) z dnia 2017-07-19; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Zamach lipcowy

Jeśli PiS liczył, że pod osłoną wakacji zmianę ustroju sądów uda się przeprowadzić szybko i w miarę bezboleśnie, to plan się nie powiódł. Na protestacyjnym wiecu pod Sejmem zebrał się tłum niewidziany od ubiegłorocznych marszów KOD; dziesiątki polskich i zagranicznych organizacji prawniczych i obywatelskich wydały oświadczenia potępiające zamach na niezależność sądownictwa w Polsce; interwencję zapowiedziały najważniejsze instytucje unijne. To oczywiście nie znaczy, że PiS się cofnie. Ustawy o ustroju sądów powszechnych, dające Zbigniewowi Ziobrze możliwość odwoływania i powoływania prezesów wszystkich sądów w kraju, a także ustawa o Krajowej Radzie Sądownictwa, przyznająca partii rządzącej prawo powoływania sędziów – już zostały uchwalone. Pozostaje jeszcze trzecia część pakietu, najbardziej kuriozalna – można powiedzieć, bezczelna: ustawa likwidująca Sąd Najwyższy. Według tego projektu to Zbigniew Ziobro odwoła, a potem osobiście powoła skład SN, będzie też mógł skrócić kadencję pierwszej prezes sądu i mianować nowego szefa. Ten kadłubowy, nomenklaturowy trybunał uzyskałby następnie prawo dyscyplinarnej kontroli nie tylko nad sędziami, ale również adwokatami, radcami, notariuszami, komornikami, aż do ewentualnego usunięcia ich z zawodu; w przyszłości miałby także orzekać o ważności wyborów.

Projekt tak jawnie łamie tu akurat dość precyzyjne zapisy konstytucji, że wielu poważnych prawników wciąż nie wierzy, że mógłby w tej postaci zostać uchwalony; liczą na opamiętanie władzy, jakiś wewnętrzny rozłam, na weto Andrzeja Dudy. Bo gdyby nie, to trzeba by uznać, że naprawdę dokonał się prawny zamach stanu, że władza sama anulowała wyniki wyborów, przekreśliła swój demokratyczny mandat i stała się nielegalna. Byłoby to formalne domknięcie trwającego od półtora roku procesu demontażu świętej dla zachodnich demokracji reguły trójpodziału władz, która u nas już zmieniła się w karykaturę. Popatrzmy: władza ustawodawcza, czyli polski Sejm i Senat, już prawie utraciła wszelką autonomię i ustrojowy sens: ustawy wchodzą pod obrady bez jakichkolwiek konsultacji społecznych, na drukach podpisywanych in blanco przez posłów większości; procedowane są nocą, z pominięciem wewnętrznych parlamentarnych regulaminów i dobrych obyczajów, a opozycja jest całkowicie ignorowana w procesie legislacyjnym. Parlament stał się fasadą. To samo z władzą wykonawczą. Jest oczywiste, że ani premier Szydło, ani prezydent Duda realnej, autonomicznej władzy nie mają, poza administrowaniem i pozorowaniem. Władza ustawodawcza i wykonawcza już połączyła się w biurze na Nowogrodzkiej. Jeszcze tylko sądy i mielibyśmy polską teologię polityczną: trójcę w jednej osobie.

Nie, to jeszcze nie jest dyktatura, choć może być. Poza kontrolą państwa wciąż pozostają duże strefy wolności: w gospodarce, samorządach, mediach prywatnych („czwarta władza”), kulturze, organizacjach społecznych i zawodowych, w ośrodkach akademickich; jest wciąż legalna i mająca duże poparcie społeczne opozycja w parlamencie i poza nim. Ale przejęcie sądownictwa oznaczałoby ostateczne odebranie państwu funkcji Res Publiki, Rzeczy Pospolitej – wspólnej dla wszystkich obywateli jednolitej organizacji życia społecznego. Cały aparat państwa stałby się wyrazicielem woli jednej partii i jej lidera; w razie potrzeby instrumentem kontroli i przemocy wobec społeczeństwa, w łagodniejszej wersji – zastraszania i korupcji. Bez niezależnych i samorządnych sądów – tu nigdy dość powtarzania – jako obywatele, jako jednostki, tracimy bowiem bezpieczeństwo, nasze prawa przestają być skutecznie chronione. Oczywiście, że można żyć w takim systemie – tak żyje większość społeczeństw na naszej planecie; my także spędziliśmy kilkadziesiąt lat XX w. w różnych wersjach autorytarnego ustroju. Pokolenia Polaków uczyły się układania z władzą, obojętności, nienarażania się; „społeczeństwo obywatelskie”, „demokracja liberalna”, „prawa mniejszości”, „trójpodział władz” – to raczej wciąż pojęcia zapożyczone, słabo osadzone w naszej kulturze i psychologii. Wszystkie badania opinii minionego ćwierćwiecza wskazywały, że 30–40 proc. Polaków akceptuje ewentualność rządów niedemokratycznych; połowa deklaruje (także przez absencję wyborczą) obojętność i dystans wobec spraw publicznych. I dlatego pisowski zamach stanu ma szansę na sukces. Zwłaszcza że ceny samowoli państwa nigdy nie płaci się od razu; ba, niedemokratyczna władza zwykle na początku (i do czasu) imponuje skutecznością, determinacją, rozwalaniem wszelkich nudnych, proceduralnych imposybilizmów. Niby lekcja i doświadczenie PRL powinny nas były zaszczepić przed recydywą takiego ustroju, ale widać pamięć społeczna jest krótka.

Oczywiście można – i tak pewnie uczynią wyborcy i sympatycy PiS – zaakceptować czyny i argumenty władzy. Można też nie zauważyć – w końcu jest lato, pełnia sezonu ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]