Czwartek, 17 maja 2012
Wszyscy dogadują się ostatnio z Rosją w sprawie gazu. Szwecja i Finlandia zgodziły się na budowę słynnego Gazociągu Północnego przez Bałtyk, my na nowe warunki importu i pozbycie się Aleksandra Gudzowatego z biznesu gazowego. Czy w tej plątaninie rur widać już jakieś światło?
Szwecja była naszą ostatnią nadzieją, że Gazociąg Północny jednak nie powstanie. Kiedy rosyjsko-niemiecka spółka Nord Stream zorientowała się, że na poprowadzenie rury w polskiej strefie ekonomicznej Bałtyku nie ma szans, musiała wybrać dłuższą drogę po stronie szwedzkiej. Szwedzi byli początkowo równie sceptyczni jak my, ale z innych przyczyn. My uważamy, że gazowa rura budowana jest tylko po to, by mieć na Polskę potężne narzędzie nacisku, oni zwracali uwagę głównie na względy ekologiczne.
Układanie rury (a właściwie – dwóch równoległych) na dnie Bałtyku rodzi wiele zagrożeń środowiskowych. Poza tym Szwedzi byli zdania, że Europa powinna bardziej zainteresować się energetyką odnawialną, a nie importem dodatkowych ilości gazu. Ostatecznie powiedzieli jednak „tak” i teraz wszyscy zachodzą w głowę, jakimi argumentami Rosjanie i Niemcy tak szybko złamali szwedzki opór. Bo w przypadku Finów wiadomo: przedłużeniem okresu zawieszenia ceł eksportowych na rosyjskie drewno będące podstawowym surowcem dla fińskiego przemysłu papierniczego.
Nas też kuszono i straszono na rozmaite sposoby, ale zawsze mówiliśmy konsekwentnie – nie. Zresztą cały projekt Gazociągu Północnego jest efektem twardego polskiego stanowiska, prezentowanego już dużo wcześniej. Po wybudowaniu pierwszej nitki gazociągu Jamał Rosjanie zaproponowali, by drugą poprowadzić przez Polskę, ale inną trasą. Miała iść nie prosto do Niemiec, ale na Słowację, a tam połączyć się z główną magistralą gazową wiodącą przez Ukrainę – Słowację – Czechy. Był to pomysł gazowego łącznika, nazywanego pieszczotliwie pieremyczką. Gdyby powstał, Polska byłaby strategicznym krajem dla polityki gazowej UE. Nie zgodziliśmy się jednak, bo pieremyczka zagrażała interesom bratniej Ukrainy, którą rosyjski gaz mógłby omijać. Wtedy Rosjanie zdecydowali, że, nie bacząc na koszty, ominą wszystkie kraje tranzytowe, budując pieremyczkę podmorską.
My też moglibyśmy się od nich w dużym stopniu uniezależnić budując gazowe łączniki z systemami gazociągowymi zachodnich i południowych sąsiadów. Uparcie tego jednak nie robimy, trwając w uzależnieniu od gazu ze Wschodu. W efekcie musimy akceptować coraz wyższe ceny i coraz trudniejsze warunki, jakie stawia nam Gazprom. Jesteśmy niewolnikami długoterminowych kontraktów, w których musimy w miarę precyzyjnie przewidzieć nasz gazowy popyt na wiele lat naprzód. Rosjanie stawiają warunek, że za zamówione paliwo mamy płacić, nawet jeśli go nie potrzebujemy. Różnie nam te prognozy wychodzą. Raz, jeszcze w 2001 r., okazało się, że zamówiliśmy o wiele za dużo, ostatnio natomiast byliśmy pod kreską. Każdą taką okazję Rosjanie wykorzystywali do renegocjacji kontraktów gazowych. I nie były to normalne rozmowy biznesowe przedstawicieli firm, ale negocjacje międzyrządowe. Porozumienia firm dopełniały tylko formalności. Ostatnie negocjacje trwały blisko rok. Polska strona była w coraz większym napięciu, by z finałem zdążyć przed zimą, bo jeden z kontraktów wygasł przed czasem. W razie ostrego mrozu trzeba by ograniczyć dostawy dla przemysłu. Rozmowy prowadziła wiceminister gospodarki Joanna Strzelec-Łobodzińska, ale w najważniejszych sprawach ustalenia podejmowali Donald Tusk i Władimir Putin, podczas wizyty premiera Rosji w Polsce, zaś finałowe negocjacje prowadził w Moskwie minister gospodarki Waldemar Pawlak.
Porozumienie zakłada przedłużenie okresu obowiązywania głównego kontraktu z Gazpromem z 2022 r. do 2037 r. oraz ustala poziom dostaw gazu na 10,27 mld m sześc. rocznie. Nie zmieni się tzw. formuła cenowa, czyli sposób obliczania należności za gaz.
Czy znów nie zakontraktowaliśmy zbyt dużo gazu, z którym nie będzie co robić? Przecież budujemy gazoport i chcemy sprowadzać skroplony gaz statkami (już zakontraktowany), a poza tym mamy też własne wydobycie. W PGNiG zapewniają, że nie. Zapotrzebowanie na gaz będzie u nas rosło choćby z tego względu, że wymusi to na nas unijna polityka klimatyczno-energetyczna. Same potrzeby elektroenergetyki gazowej wymagają dodatkowo 2 mld m sześc. – przekonują w PGNiG.
Jednak najbardziej drażliwy punkt negocjacji dotyczył polsko-rosyjskiej spółki EuRoPol Gaz, która wybudowała i zarządza polskim odcinkiem gazociągu Jamał I. Z Rosji do Europy Zachodniej płynie nim ponad 30 mld m sześc. gazu rocznie. Spór dotyczy kilku istotnych zasad funkcjonowania spółki – zarządzania nią, wysokości taryfy przesyłowej, no i sprawy najważniejszej, czyli składu akcjonariuszy. W EuRoPol Gazie jest ich trzech: PGNiG i Gazprom mają po 48 proc., a trzeci udziałowiec, Gas Trading, ma 4 proc. Gas Trading jest spółką o większościowym kapitale polskim, kontrolowaną przez Aleksandra Gudzowatego i jego Bartimpex, choć większy od niego pakiet akcji ma PGNiG. Mniejszościowym akcjonariuszem jest też rosyjski Gazpromexport.
Udział Gas Tradingu w EuRoPol Gazie od początku budził kontrowersje, a w Polsce był nawet przedmiotem postępowania prokuratorskiego i procesu sądowego. Dziś jednak bardziej uwiera Rosjan, którzy ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
paliwa, gaz, gazociąg, Polska-Rosja, EuRoPol Gaz, Gudzowaty Aleksander, bezpieczeństwo energetyczne