POLITYKA

środa, 23 sierpnia 2017

Polityka - nr 38 (2723) z dnia 2009-09-19; s. 92-93

Świat

Tomasz Walat

Zarośnięte ścieżki historii

Nawet w takim kraju jak Norwegia ostatnio ożyła pamięć wydarzeń związanych z II wojną światową. Choć wydawało się, że to przeszłość dawno rozliczona i z wolna zapominana.

W Narwiku, miejscu najbardziej dramatycznych zmagań wojennych, gdzie m.in. Polacy stoczyli zwycięską bitwę z Niemcami, otwarto niedawno nowe Centrum Pamięci. Pojawiły się książki i filmy, które wywołały gorącą dyskusję.

Norwegia dała światu przywódcę nacjonalistycznej partii – Vidkuna Quislinga, którego nazwisko stało się w wielu językach synonimem zdrajcy ojczyzny, kolaboranta wspomagającego zaborcę. Niemniej Norwegia wyszła z wojny z chwalebną kartą. Przyczyniła się do tego działalność norweskiego ruchu oporu. Zbrojną organizację Milorg uznano po wojnie za najbardziej skuteczną grupę sabotażową w Europie. Jej działalność upamiętnił głośny przed laty film „Bohaterowie Telemarku” z Kirkiem Douglasem, przedstawiającym atak na fabrykę ciężkiej wody w Rjukan, który pokrzyżował niemieckie plany budowy bomby atomowej.

W tym roku olbrzymim powodzeniem cieszył się rodzimy film „Max Manus”, którego tytułowy bohater był jednym z przywódców Milorga. Nakręcony z hollywoodzkim rozmachem miał milionową widownię. I rozbudził na nowo emocje związane z wojną. Kiedy podczas kręcenia filmu statyści przebrani za niemieckich okupantów maszerowali główną ulicą Oslo, a na gmachu norweskiego parlamentu zawisła ponownie flaga ze swastyką, ludzie wznosili antyfaszystowskie okrzyki i pluli na aktorów.

Max Manus jest legendą norweskiego oporu, podobnie jak u nas bohaterowie „Kamieni na szaniec”. Film nieco ją odbrązawia przedstawiając także skłonności Manusa do alkoholu i pięknych kobiet. To spotkało się z protestami wśród widzów. Film jest jednym z głównych kandydatów do tegorocznego Oscara.

Max Manus, który przeżył wojnę, był członkiem tzw. gangu Oslo, który wsławił się m.in. wysadzeniem kilku niemieckich okrętów wojennych. Podobne sukcesy odnosili norwescy sabotażyści na północy, utrudniając Niemcom blokowanie konwojów do Murmańska, co zdaniem historyków skróciło zmagania wojenne. Zwłaszcza zatopienie niemieckiego okrętu flagowego „Tirpitz” w pobliżu Narwiku miało w tych działaniach olbrzymie znaczenie.

Wydarzenia te pokazuje nowo otwarte Centrum Pamięci w Narwiku. Wokół tej placówki głośno było jednak tego roku z innego powodu. Znalazła się w nim bowiem również dokumentacja największej masakry, jaka w latach wojennych dokonała się na ziemi norweskiej. W położonym w pobliżu Narwiku obozie Beisfjord zamordowano w lecie 1942 r. 748 z 900 zamkniętych tam jugosłowiańskich jeńców wojennych.

W masakrze miało uczestniczyć wielu norweskich strażników obozu i kolaborantów. Część jeńców spalono żywcem w barakach. Dlatego ujawnienie dokumentacji wywołało w Norwegii ogromne poruszenie. Obóz był w zasadzie zapomniany. – Po wojnie zrobiliśmy zbyt mało, żeby historia ta i rola Norwegów w masakrze została poznana – mówi Svein Tore Aspelund, szef Centrum w Narwiku. – To był typowy obóz zagłady, podobny do tych, jakie istniały w Niemczech czy okupowanej Polsce.

Ulf Erik Torgersen, historyk związany z placówką w Narwiku, uważa, że „Norwegia musi wziąć odpowiedzialność i za tę część historii wojennej. Przyszłe pokolenia muszą wiedzieć, co działo się na jej ziemi. Historia ostatniej wojny to nie tylko bohaterski ruch oporu”.

Oj, nie tylko! Opinię publiczną zaszokowały także tego lata tytuły gazet mówiące, że „Nowegowie byli zbrodniarzami wojennymi” (m.in. w najpoważniejszym tutejszym dzienniku „Aftenposten”). Wiąże się to z wydaną niedawno książką historyka Eirika Veuma „Ci, którzy polegli”, dokumentującą losy 836 Norwegów, którzy padli walcząc po stronie Niemiec (z ogólnej liczby ok. 12 tys. w służbie niemieckiej). Książka była o tyle ważna, że poprzez zdjęcia i fakty przypomniała też Norwegom historię Powstania Warszawskiego. W jego tłumieniu brało udział 20 ich rodaków, a trzech lub czterech (los jednego nie jest do końca znany) poległo.

„Bergenske Tidende” przypomina, że „wojna nazistowskich Niemiec z cywilną ludnością Warszawy należy do najbardziej tragicznych rozdziałów drugiej wojny”. Veum łagodzi nieco udział innych ochotników norweskich podkreślając, że „większość uczestniczyła w normalnych działaniach wojennych”, lecz ci z Warszawy należeli do najbardziej bezwzględnych zbrodniarzy z SS Roentgensturmbann, otwierających ogień do wszystkiego, co się ruszało. Cały front wschodni był jednak, mówi Veum, wielką rzeźnią.

Czy norwescy sprzymierzeńcy Hitlera byli zbrodniarzami wojennymi? Wcześniej to pytanie stawiali także inni historycy: Egil Ulateig w książce o udziale Norwegów w Waffen-SS (dywizja Wiking) i Bjorn Westlie, opisujący los swego ojca na froncie wschodnim. Pytanie pozostawało jednak bez odpowiedzi. Eirik Veum uważa, że jej znalezienie przyczyniłoby się do oczyszczenia atmosfery. „Uczestnictwo w tłumieniu Powstania Warszawskiego jest nieulegającym wątpliwości przykładem zbrodni wojennej” – mówi. Te przypomnienia mają jeszcze bardziej szokujący wymiar, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]