POLITYKA

Czwartek, 21 września 2017

Polityka - nr 37 (2722) z dnia 2009-09-12; s. 24-26

Kraj

Janina Paradowska

Zasadniczy kłopot

Na temat zmian w konstytucji jąkamy się już od 10 lat. Zaczynamy mówić, gdy pojawia się doraźny polityczny kłopot, i zacinamy się, gdy na chwilę kłopot zostanie zażegnany.

Od 1997 r. dokonano zaledwie dwóch zmian w ustawie zasadniczej, z których jedna - dotycząca europejskiego nakazu aresztowania - była niezbędna ze względu na przystąpienie do Unii Europejskiej. Druga - dotycząca zakazu kandydowania w wyborach osób skazanych - zupełnie zbędna, chaotyczna, podyktowana populistycznym hasłem, że przestępcy nie mogą kandydować do parlamentu. W ten sposób wypychano z Sejmu Andrzeja Leppera, mimo że wcześniej dokonali tego wyborcy.

Obok zmian w samym tekście ustawy zasadniczej mamy jedno istotne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w kwestii sporu kompetencyjnego między prezydentem a premierem o politykę zagraniczną - kto reprezentuje stanowisko Polski na szczytach UE. Orzeczenie zostało wywołane, po słynnych bitwach o krzesła i samoloty, bardziej charakterem i ambicjami niż niejasnością materii konstytucyjnej. Niemniej Trybunał uznał, że jest to spór kompetencyjny i w efekcie - prosto rzecz ujmując - wystawił prezydentowi bilet lotniczy, z którego może korzystać, kiedy chce, jednocześnie zasznurowując mu usta i ograniczając go do prezentowania stanowiska rządu. Dla konstytucjonalistów rzecz była od początku jasna, ale dobrze, że TK ostatecznie ten problem rozstrzygnął, gdyż praktyczne znaczenie werdyktu już widać. Lech Kaczyński wyraźnie osłabł w woli prowadzenia autonomicznej polityki zagranicznej, co oczywiście wiązać można również z fiaskami kolejnych jego projektów.

Żadnej innej zapowiedzi zmian nie zrealizowano. Co więcej, gdy ktoś się bardziej systematycznie za taką pracę wziął, ruszały podejrzenia, jaki ma w tym interes, w czyim imieniu przemawia, jakie zamówienie polityczne realizuje. Kto za tym stoi, premier czy może prezydent. Taki los spotkał na przykład trzech byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego.

Mamy też zamulanie debaty propozycjami bez sensu. Swego czasu premier Tusk, pod wpływem emocji i nie bardzo wiedząc, czy rzecz można w ogóle prawnie zapisać, zapowiedział coś w rodzaju chemicznej kastracji pedofilów. PiS natychmiast przelicytował, że kastrację pedofilów trzeba wpisać do konstytucji, a oprócz tego ograniczenie dostępu do funkcji publicznych byłym funkcjonariuszom SB, otwarcie archiwów IPN, otwarcie zawodów prawniczych, ograniczenie władzy sądowniczej.

Tak więc konstytucja miałaby w istocie stać się programem wyborczym PiS, a może wręcz zapisano by w niej ustanowienie IV RP, aby wreszcie rzecz się, przynajmniej na papierze, dokonała. Konstytucja jako program wyborczy była też pomysłem Polski XXI, gdy wydawało się, że ten ruch ma przed sobą przyszłość. Rafał Dutkiewicz jako pierwszy postulat, z którym miał zamiar ubiegać się o prezydenturę, zapowiadał nową konstytucję, nie przedstawił jednak jej założeń.

Nad projektem konstytucji pracuje natomiast zespół u rzecznika praw obywatelskich, który przedstawił wariantowe propozycje ustrojowe - od systemu prezydenckiego, gdzie głowa państwa stoi na czele rządu, po parlamentarno-gabinetowy, ze zmniejszoną do 300 liczbą posłów i prawem do wydawania dekretów przez Radę Ministrów między posiedzeniami Sejmu. To dobry krok, przynajmniej jest szansa na poważniejszą niż dotychczas rozmowę.

Z dyskusją o problemach konstytucyjnych jesteśmy bowiem praktycznie na początku drogi, mimo że od 1997 r. tak wiele się wokół nas zmieniło. Prawnicy od dawna zresztą słusznie uważali, że po przystąpieniu do Unii Europejskiej ustawa zasadnicza będzie musiała zostać zmieniona. Żadne ugrupowanie nie ma dziś jednak własnego projektu konstytucji, co najwyżej luźne pomysły. PSL chciałby np. ożywić Trybunał Stanu, który jest w istocie ciałem martwym i Sejm już nawet nie zajmuje się wnioskami o postawienie kogoś przed nim. Być może słusznie, zważywszy że w TS zapadł dotychczas jeden wyrok: w tak zwanej aferze alkoholowej, której nikt już prawie nie pamięta. Próbowano się znęcać nad kolejnym ministrem skarbu - Emilem Wąsaczem, ale sprawa gdzieś szczęśliwie zawisła, gdyż Sejm nie może wybrać swojego przedstawiciela, co jest przejawem pewnego realizmu.

Taki stan powoduje jednak, że odpowiedzialność konstytucyjna stała się fikcją. Postulat Platformy, aby poszerzyć liczbę instytucji, których szefowie odpowiadaliby konstytucyjnie (m.in. o szefa IPN, szefów służb specjalnych, rzecznika praw dziecka), w tej sytuacji jawi się jako dość absurdalny.

Na tle tej chaotycznej niby-debaty cieszą propozycje konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość. Zainicjowane przez byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego, Andrzeja Zolla, Marka Safjana i Jerzego Stępnia, są pierwszymi zwartymi i przemyślanymi, choć mają zakres ograniczony. Koncentrują się w zasadzie na kwestiach ustrojowych, podziału kompetencji między rząd i prezydenta, przesuwając punkt ciężkości na rząd i większość parlamentarną. Porządkują też relacje między prezydentem i rządem oraz dodają premierowi niektóre kompetencje. Gdyby te propozycje przyjąć, nieco bardziej przesunęlibyśmy się w stronę systemu kanclerskiego, który przez wiele lat wydawał się polskiej klasie politycznej optymalny.

Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy prezydentem został Lech Kaczyński i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]