POLITYKA

Sobota, 27 maja 2017

Polityka - nr 19 (3058) z dnia 2016-05-04; s. 15-17

Rozmowa Polityki

Janina Paradowska

Ze Wschodu mróz z Południa burza

Danuta Hübner, eurodeputowana PO, pierwsza polska komisarz w Komisji Europejskiej, o tym, że Unia ma się całkiem dobrze, ale Polska w niej już nie.

Janina Paradowska: – Była pani pierwszym polskim komisarzem w Komisji Europejskiej. Pamięta pani pierwszy dzień w pracy?
Danuta Hübner: – Pamiętam, i to z dość, być może, osobliwego powodu. Otóż coś wtedy postanowiłam, a członkini mojego gabinetu, Portugalka, powiedziała: ależ pani komisarz, u nas takich rzeczy nigdy się nie robi. Ja jej wówczas odpowiedziałam: od teraz będziemy tak robić. Zapewne chodziło o drobiazg i rzecz nie w decyzji, ale w tym, że po latach negocjacji mieliśmy przekonanie, że już jesteśmy u siebie. Dla nas powrót do Europy był spełnieniem wielkiego marzenia. A zmagaliśmy się z wieloma stereotypami, z niedobrymi opiniami o Polsce, w której też przecież trwała ożywiona, często bardzo demagogiczna dyskusja o Unii.

Z drugiej strony musimy pamiętać, że nie wszyscy w Unii marzyli o tym wielkim rozszerzeniu. To było przedsięwzięcie pilotowane, nawet wymuszane, przez Niemców. W trakcie negocjacji nasi partnerzy byli Polską zmęczeni; tą naszą wewnętrzną wojną, opóźnieniami w zamykaniu kolejnych rozdziałów negocjacyjnych.

Było zresztą ryzyko, że w ogóle wypadniemy z pierwszej transzy rozszerzenia. Postulowali to na przykład Węgrzy.
Nasi węgierscy koledzy mieli i takie pomysły. Ale mieliśmy trochę szczęścia. Wchodziliśmy w dobrym czasie dla Unii Europejskiej. Wszystkie główne problemy wydawały się załatwione: ustanowiono wspólną walutę, dla której pierwsze lata były pomyślne, sprawnie działała strefa Schengen. W dodatku okazało się, że nowe kraje zupełnie dobrze przygotowały się do rozszerzenia.

Pani zamykała ostatnie rozdziały negocjacji. Czy te kwestie, które dziś są przedmiotem otwartego już sporu z UE, jak choćby pozycja Trybunału Konstytucyjnego, czy takie, które zapewne staną się nimi, czyli służba cywilna, były podczas negocjacji jakoś szczególnie ważne?
To był punkt wyjścia. Kryteria z Kopenhagi z 1993 r. mówią nie tylko o tym, że do członkostwa trzeba być przygotowanym w sensie gospodarczym, ale przede wszystkim instytucjonalnym, z gwarancją, że bardzo precyzyjnie opisane w art. 2 wartości europejskie będą przestrzegane. Naszą mocną stroną była już wtedy pozycja Trybunału Konstytucyjnego, zmagaliśmy się ze służbą cywilną, z pluralizmem mediów, ochroną mniejszości, trybem przyjmowania uchodźców. Akceptacja unijnych standardów w tych obszarach była zasadniczym warunkiem naszego wejścia do UE.

Stąd teraz tak głębokie rozczarowanie i zaniepokojenie tym, co dzieje się w Polsce. Dziś w Unii sporo jest radykalnych ugrupowań, ale one wciąż są marginesem. Jeśli jednak państwo, i to duże, znaczące, które w ostatnich latach wyrobiło sobie znakomitą opinię, zaczyna kwestionować wartości europejskie, podcinać demokrację i instytucje będące jej gwarantami, to sprawa wygląda poważnie. Taka polityka państwa zaczyna zagrażać całości Unii, i to widać i słychać w Parlamencie Europejskim, w sferach politycznych, w wielu kręgach społecznych.

Rząd polski mówi: niech się Unia nie zajmuje Polską, ma tyle własnych problemów.
Problemów rzeczywiście jest dużo, ale to są nasze wspólne problemy. U nas ciągle, zwłaszcza gdy taka jest potrzeba polityczna, próbuje się postrzegać Unię jako coś zewnętrznego i stosuje taki przekaz: niech oni się najpierw uporządkują, a potem my się do tego ustosunkujemy. To samo przecież dotyczy przystąpienia do strefy euro, do unii bankowej i wielu innych kwestii. I ten sposób myślenia jest wielkim zaskoczeniem dla tych, którzy obserwują Polskę i nie pojmują tej „osobności”. Przecież jeśli Unia nie rozwiąże problemów, jakie ma, to wszyscy stracą. Zasadą działania Unii jest solidarność; może nie jest ona na miarę marzeń, ale jest zasadą. Demonstrowanie pogardy dla zasad jest zaś kompletnie niezrozumiałe.

Pamiętam wiele rozmów z politykami różnych krajów o tym, że w każdej organizacji, także takiej jak Unia, musi być przywództwo, grupa polityków, która narzuca tempo. Oni liczyli, że Polacy będą właśnie w tej grupie i to się udawało. Teraz jesteśmy gdzieś na końcu, wśród tych, na których nie można liczyć, a jest ryzyko, że będą szkodzić. Cóż, dziś u władzy są politycy, którzy nie czują się współwłaścicielami procesu integracji, który myśmy przepracowali. Nie wiedzą, jaki to był wysiłek, zwłaszcza tu, w kraju, żeby się dostosować do unijnych reguł.

Tymczasem pojawił się pomysł referendum w sprawie wystąpienia z Unii. Powołano też komisję w Sejmie, która policzy straty, jakie Polska poniosła w wyniku rozszerzenia.
Takie pomysły mogą przychodzić do gł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]