POLITYKA

Wtorek, 17 października 2017

Polityka - nr 37 (3127) z dnia 2017-09-13; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Zęby rewolucji

O najważniejszym politycznym spotkaniu kończącego się lata nie wiemy prawie nic. Chodzi rzecz jasna o ubiegłotygodniowe rozmowy na szczycie, między Andrzejem Dudą i Jarosławem Kaczyńskim. To było, jak podkreślano, pierwsze spotkanie obu panów od kilku miesięcy i pierwsze po prezydenckich wetach. Charakterystyczne dla dziwnej formuły tego spotkania było i miejsce (rezydencja dla oficjalnych gości głowy państwa), i niejasny protokół (kto do kogo przyjechał), sam tryb (spotkanie państwowe czy partyjne?), nawet brak jakiegokolwiek komentarza uczestników. Na inaugurację sezonu politycznego jesteśmy więc skazani na spekulacje, co też panowie ustalili, bo od tego będzie zależało, co się w naszym kraju wydarzy albo i nie wydarzy. Faktycznie, do czasu wyjaśnienia relacji między Andrzejem Dudą a PiS polska polityka pozostaje w stanie pewnego zawieszenia. Inaczej będzie, jeśli Andrzej Duda zechce naprawdę budować swoją autonomiczną pozycję i „cywilizować PiS” (w co, zdaje się, uwierzyło sporo działaczy opozycji); inaczej, jeśli okaże się, że cała afera z wetami była jedynie formą apelu prezydenta do prezesa i partyjnych kolegów, aby go traktowali nieco bardziej poważnie.

W sprawie interpretacji szczytu belwederskiego są dwie główne szkoły, może dwie i pół. Pierwsza, chyba większościowa, przyjmuje, że jeśli panowie rozmawiali ponad dwie godziny, to znaczy, że Jarosław Kaczyński miał dość czasu, aby „niezłomnego” Dudę rozmiękczyć pochlebstwami, apelami do lojalności, do wspólnych wspomnień, do odpowiedzialności za przyszłość formacji itp. I że dogadali ustawkę: prezydent ma wciągnąć opozycję w pozorowane konsultacje nad ustawami sądowymi, nie pokazując żadnego gotowego projektu. Kiedy wreszcie ukaże się projekt dający prezydentowi (z PiS), a nie ministrowi (z PiS), kontrolę nad sądownictwem, zostanie to ogłoszone przez partię i jej media jako „wielki kompromis”, a „konsultowana” opozycja albo wyjdzie na awanturników, albo na głupków. Taka zagrywka – przy okazji dająca pstryczka Zbigniewowi Ziobrze – byłaby bardzo w stylu prezesa. Mniejszościowa interpretacja jest taka, że Andrzej Duda – nawet jeśli prezes próbował go udobruchać – wie, że on sam i jego ludzie muszą się liczyć z bezwzględną karą za bunt, a jego bezpieczeństwo i przyszłość zależą nie tyle od łaski prezesa, co od własnej politycznej siły. Tę może mu zaś dać tylko jakaś współpraca z opozycją i w ogóle gorszym sortem Polaków. Może zresztą, trochę pod przymusem, prezes udzielił Andrzejowi Dudzie swoistej koncesji na odgrywanie roli męża zaufania opozycji, łagodzącego nerwy ulicy i zagranicy. Czyli: też ustawka, ale bardziej perfidna.

W spekulacjach pobelwederskich jest jednak i wariant dodatkowy: że wszystko, co ewentualnie ustalono, nie ma wielkiego znaczenia, bo realia nie podlegają uzgodnieniom na szczytach. A liczne sygnały wskazują, że spór taktyczny w obozie władzy jest prawdziwy i coraz bardziej ostry. Po tym, co Zbigniew Ziobro i jego totumfacki Patryk Jaki mówili i mówią pod adresem prezydenta i jego współpracowników, Duda musiałby być rzeczywiście człowiekiem bez krzty ambicji, aby to przełknąć. Szkalująca sędziów akcja billboardowa, na którą partia (bezczelnie) wzięła pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej, też wydaje się formą nacisku, nawet szantażu, wobec Andrzeja Dudy, który, opracowując ustawy sądowe, musi – jak pisali partyjni publicyści – wybrać między obozem patriotyzmu a zdrady. W ogóle, jeśli tzw. prawicową publicystykę traktować jako sejsmograf rejestrujący tektoniczne wstrząsy i napięcia w światku władzy, to trzeszczy na wszystkich połączeniach. Kaczyński–Duda–Macierewicz–Ziobro–Szydło–Morawiecki–Gowin – nie ma dnia, aby ktoś komuś, bezpośrednio lub pośrednio, szpilki w coś nie wbił. Ta „biało-czerwona drużyna” – jak zwykła mówić o swojej ekipie pani premier – przypomina, jeśli już, reprezentację biało-czerwonych z meczu z Danią: każdy gra sobie, chaotycznie, bez taktyki, bez respektu dla kapitana i trenera. Zatroskani czołowi publicyści prawicowi coraz częściej piszą, że władza znalazła się w pułapce radykalizmu, że trawi ją choroba nieufności, że żądza odwetu przyćmiewa polityczny rozum, że pompowanie konfliktu z Unią (wg. prezesa będziemy samotną „wyspą wolności” ), a zwłaszcza eskalowanie sporu z Niemcami, jest bezsensowne, bezproduktywne i szkodliwe dla polskiej racji stanu (mamy wrażenie, że odkrywają prawdy, które mogą przeczytać w jakimkolwiek numerze POLITYKI). Do tego dochodzą jeszcze, niesłyszane wcześniej, krytyczne wobec PiS głosy wielu biskupów, choćby ten ostatni, dramatycznie przestrzegający przed cynicznym niszczeniem polsko-niemieckiego pojednania.

Po prawie połowie kadencji rządu, u progu trzeciego sezonu PiS, zdaniem Beaty Szydło, która przejmuje rolę „ust prezesa”, ogólnie wciąż jest super. Jednak coraz bardziej brutalne i absurdalne oskarżenia, jakie pani premier miota pod adresem opozycji, Unii Europejskiej czy protestujących Polaków, zdają się przykrywać nie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]