POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 6 (2640) z dnia 2008-02-09; s. 51-53

Świat

Grzegorz Dobiecki

Żegnajcie żitany

We francuskim bistro nie wolno już zapalić papierosa. To rewolucja obyczajowa, może nawet kulturalna. Władze liczą się z pełzającą kontrrewolucją.

Zakaz palenia w miejscach publicznych jest już totalny. Pierwszego stycznia skończył się okres transformacji, wyrozumiale przyznany dziesięć miesięcy wcześniej zakładom mniej lub bardziej zbiorowego żywienia i pojenia. Teraz za papierosa przy szynkwasie czy stoliku grozi klientowi 68 euro grzywny. Za sprzyjanie takiej postawie (choćby bierne, pojmowane np. jako wystawienie popielniczek): do 750 euro dla szefa baru, kawiarni, restauracji, hotelu, nawet kasyna gry. Nowe przepisy dotyczą około 220 tys. lokali w całej Francji. Są podyktowane troską o zdrowie personelu oraz biernych palaczy wśród gości. Przesłanie, jakie zaraz po Nowym Roku popłynęło z Francji ku wspólnocie międzynarodowej, było jednoznaczne. Papierosowa armia złożyła broń. Knajpiarze wyrzucają opornych na zbitą fifkę. Kraj 23 mln palących (na 63 mln obywateli) – bez protestów – dołączył do potężniejącej w UE strefy bezdymnej.

Ruch oporu

Kilka tygodni później tak jednoznacznie już nie jest. Nie chodzi przy tym o nadużywanie odwołań do swobód obywatelskich i ideałów Ojczyzny Praw Człowieka. Prędzej o duszną atmosferę, w jakiej przyszło żyć nawykłym do tytoniowych używek. Oni wyraźnie łakną przeciągu, głównie w wyobraźni zdrowo rządzących Francją. Choćby uchylenia lufcika.

Wiele – choć nie wszystko – wyjaśnią anegdoty. 17 lat temu Zgromadzenie Narodowe przyjęło ustawę Evin (od nazwiska projektodawcy). Zakazywała palenia tytoniu w miejscach publicznych. W szczególności wszelkie zakłady gastronomiczne mogły wyznaczać strefy dla palących. W moim ówczesnym narożnym bistro (w Paryżu każdy ma taki róg i taki przybytek) pojawiła się wywieszka: „Bar dla palących; niepalący tolerowani”. Nawet dzielnicowi policjanci uznali to za pyszny żart i nie czynili wstrętów właścicielowi knajpy ani jego klientom. Umiłowane przez Francuzów – a już zwłaszcza paryżan – swobody obywatelskie i indywidualizm postaw wzięły górę nad ukazami. Przez kilkanaście lat nie było słychać, by ktokolwiek został ukarany mandatem za złamanie ustawy Evin. Cohabitation między palącymi i niepalącymi układała się dość zgodnie.

U progu 2008 r. – co potwierdzają raporty mediów – zamarły i wyrozumiałość, i ochota do swawoli. Jakby na Francję palaczy i goszczących ich restauratorów padł strach nie tylko z powodu grzywien. Za drzwiami gospód, na zimnicy powtarzano sobie doniesienia o ogniskach oporu, jakie pojawiły się na prowincji.

Szef baru Café 203 w Lyonie Christophe Cédat podarł mandat i sądową powiastkę. Postanowił zamienić swoje bistro w przybytek sztuki, z którą najlepiej obcować z zapalonym papierosem. Performance w Café 203 służył właściwej percepcji dzieł sporządzonych z petów i popielniczek. Cédat wywiesił na drzwiach inskrypcję: „Uwaga niepalący! Wkraczacie do strefy kulturowego i społecznego eksperymentu. Narażacie się na bierne palenie”. Performer został zadenuncjowany. Do lokalu wkroczył patrol policyjny w sile 20 funkcjonariuszy i zakończył eksperyment.

Do ruchu oporu postanowili przystąpić także Nathalie i Patrick Couvert, właściciele baru Plancher w miejscowości o tej samej nazwie. To pipidówa w Wogezach, ale właśnie dlatego nie jest to już sprawa anegdotyczna. W wiejskich Bar-Tabac mieszczą się spożywcze minimarkety, piekarnie i stoiska z gazetami. Przede wszystkim są to jednak lokalne centra życia kulturalnego. Jedyne. – Nasi stali klienci, podobnie jak my, nie wyobrażają sobie codziennych spotkań i pogaduszek przy filiżance czy kieliszku bez papierosa – twierdzą państwo Couvert. Nie wprowadzili zakazu palenia, bo – jak przekonują – to by zabiło ich interes.

Joël Lailler, szef knajpki L’Escale z jeszcze mniejszego Dresny w Bretanii, w połowie stycznia rozpoczął głodówkę po tym, jak policja ukarała go mandatem (135 euro) za słowną instrukcję dla stałych bywalców: „róbta, co chceta”. Lailler odwołał się do obietnic Sarkozy’ego, który – jak zrozumiał patron L’Escale – jeszcze wiosną gwarantował wszelką pomyślność wiejskim oberżystom.

Jak w dym

Głosy desperatów zapowiadają potężniejszy protest właścicieli i dzierżawców owych Bar-Tabac. Ich delegację ma zresztą przyjąć szef państwa. Wydaje się, że władze Francji nie mają wątpliwości, iż te kręgi, prędzej czy później, zadudnią znacznie głośniej. Może się to stać już w trakcie wiosennych wyborów samorządowych, pierwszego poważnego sprawdzianu dla ekipy Sarkozy’ego. On sam, niepalący, w trakcie kampanii wyborczej (kiedy wiadomo już było, że totalny dekret wejdzie w życie od początku 2008 r.) obiecywał wyrozumiałość, zwłaszcza dla prowincji. Ponoć do ostatniej chwili sugerował rządowi elastyczność w kwestii zakazu palenia.

Tabakowych kioskarzy – ponad 30 tys. osób – nie bez podstaw uznaje się za potężne lobby. Dostali po kieszeni już kroczącymi od lat podwyżkami cen papierosów. Teraz, jak mówi szef ich związku René Le Pape, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]