POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 20 (3110) z dnia 2017-05-17; s. 9

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Lena Kolarska-Bobińska

Lena Kolarska-Bobińska

Złe słowo „reforma”

Prezes PiS jak mało kto potrafi zmieniać znaczenia słów, narzucać narrację, zarażać swoją retoryką. Niepopularne „reformy”, wielu kojarzące się z dotkliwymi zmianami, przez długi czas chował za „dobrą zmianą”. Teraz jednak jego partia i podległy mu rząd przestali się kryć z tym, że „reformują” kraj. Tyle że robią to na swoją modłę, nie zważając na nic i dewastując przy tym życie publiczne.

Słowo „reforma” chyba już zawsze będzie się źle kojarzyło. Prezes PiS przez długi czas starał się go unikać. Kojarzyło się ono ze znienawidzoną przez niego III RP, a rządy wprowadzające reformy przegrywały wybory. Teraz jednak reformy weszły na stałe do narracji Prawa i Sprawiedliwości i są przedmiotem dumy obozu rządzącego. Czy ta zmiana zaszkodzi obecnemu rządowi?

Mowa pozwala kształtować rzeczywistość i przywoływać byty, a dobrze dobrane słowa wygrać wybory. Jednak niektóre wyrazy z czasem zaczynają nabierać nowych znaczeń i obrastać emocjami – pozytywnymi bądź też negatywnymi skojarzeniami. Najsłynniejsze reformy Balcerowicza przestawiły gospodarkę na nowe tory i zapoczątkowały udane polskie przemiany. Z czasem jednak wielu zaczęły się kojarzyć z bezrobociem, różnicami społecznymi lub biedą. Do dziś zresztą „reformy Balcerowicza” wywołują polityczne emocje, choć coraz mniej osób pamięta ich istotę.

Gdy obóz solidarnościowy utworzył rząd Jerzego Buzka, wprowadzono kolejną falę reform. Program Buzka opierał się na czterech reformach: emerytalnej, oświatowej, służby zdrowia i administracji, które były początkowo uważane przez społeczeństwo za niezbędne i pilne. Z czasem jednak obawy zaczęły rosnąć, bo reformy – poza samorządową – nie były dobrze przygotowane. Brakowało również informacji i dialogu. W konsekwencji wprowadzenie jednocześnie czterech dużych reform spowodowało, że samo pojęcie „reforma” znowu zaczęło budzić opór.

Dlatego po wygranych przez PiS w 2005 r. wyborach słowo to zastąpiono frazą „budowa IV RP”. Jej celem był nowy ład społeczny i instytucjonalny oraz rewolucja moralna. Niewiele z tego wyszło, ale powstało wrażenie rewolucyjnych zmian, nieprzewidywalności i chaosu. Społeczeństwo chciało spokoju, rozwoju i braku konfliktów.

Donald Tusk dobrze wyczuł te nastroje i mówił o modernizacji, wolności, budowaniu infrastruktury oraz samorządach. „Ciepła woda w kranie”, czyli polityka małych kroków, stała się symbolem rządów koalicji PO-PSL. Wiele osób sądzi jednak, że to trudna i fundamentalna reforma wieku emerytalnego przyczyniła się do przegranej.

Jarosław Kaczyński odrobił te wszystkie lekcje. W kampanii wyborczej PiS posługiwało się więc zręcznym hasłem „dobrej zmiany” i powtarzało, że zasadnicze zmiany są potrzebne, bo Platforma doprowadziła kraj do ruiny. Zapowiadano, że będą to tylko „dobre zmiany”, w odróżnieniu od źle kojarzących się „reform”.

Rządy PiS, polegające na politycznym podporządkowaniu wielu instytucji, szybko jednak obnażyły i ośmieszyły pojęcie „dobrej zmiany”. Degradacja Trybunału Konstytucyjnego, pacyfikacja mediów publicznych i służby cywilnej spowodowały, że pojęcie to stało się obiektem kpin i żartów. Przemieniło się w „dojną zmianę”, wyśmiewającą obsadzenie przez polityków PiS spółek Skarbu Państwa krewnymi i znajomymi.

Jednak wprowadzane przez obóz władzy zmiany trzeba było jakoś nazwać. I tak język polityków PiS wszedł w obcą tej partii liberalną narrację. Przedmiotem dumy stały się reformy edukacji, prokuratury i sądów, mediów publicznych, reforma zdrowia czy przygotowywana od dwóch lat reforma szkolnictwa wyższego. Mówi o nich premier Beata Szydło i poszczególni ministrowie jej gabinetu, a Jarosław Kaczyński zachwala reformę sądownictwa i BOR. Opozycja natomiast wskazuje, że wiele z tych reform po prostu przywraca stan sprzed wielu lat i burzy to, co udało się dotąd kolejnym rządom zrobić. To nie reforma edukacji, ale deforma. Nie reforma prokuratury, ale podporządkowanie jej władzy politycznej!

Zamieszanie pojęciowe i polityczne pogłębia dodatkowo określanie przez PiS reform Platformy „odwracaniem szkodliwej pseudoreformy”. Tak właśnie nazywane było przywrócenie dawnego – podniesionego przez rząd PO-PSL – wieku emerytalnego. Pytanie tylko, dlaczego teraz dyskurs polityków PiS zaroił się „reformami”? Najprostsza odpowiedź to przekonanie ministrów, że reformowanie brzmi dumnie i ich zdaniem nie ma lepszego określenia dla tego, co planują i robią. W końcu każdy minister chce wykazać się wielkimi projektami, a Jarosław Kaczyński dał przyzwolenie, ponieważ już dawno jest po wyborach.

Czy jednak tyle budzących konflikty reform nie odbije się negatywnie na poparciu PiS i nie doprowadzi do dużej przegranej w kolejnych wyborach? Może Jarosław Kaczyński stracił słuch społeczny bądź po prostu nie panuje nad udzielnymi księstwami ministrów? Sam świetnie dobiera słowa, nazywa i przezywa, ale może zakłada, że obecnie „reformy” kojarzą się społeczeństwu na tyle dobrze, że powinno się wokół nich budować narrację? I że straciły już swoje, złe w niektórych grupach, konotacje z reformami Balcerowicza? Jedno jest pewne, twardy elektorat PiS będzie stał wiernie przy swojej partii, ufają...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Lena Kolarska-Bobińska – socjolog, profesor nauk humanistycznych, była dyrektor CBOS oraz ISP. W latach 2009–13 posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia PO, później minister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie Donalda Tuska, a następnie w gabinecie Ewy Kopacz. Członkini rady programowej Kongresu Kobiet oraz rady Instytutu Obywatelskiego. Autorka licznych publikacji naukowych.