POLITYKA

Niedziela, 25 czerwca 2017

Polityka - nr 30 (2715) z dnia 2009-07-25; s. 15

Temat tygodnia

Janina Paradowska

Zmiany po staremu

Prezydent odmówił podpisania ustawy zwanej medialną. Jego weto otwiera pole do gry o powrót PiS, tym razem w koalicji z SLD, do władzy w mediach publicznych.

Moment na weto został wybrany nieprzypadkowo. Gdyby decyzja zapadła dzień wcześniej, byłby jeszcze czas, aby Sejm przedłużył obrady. Byłaby szansa, że takie weto zostałoby odrzucone, ponieważ SLD znalazłby się w trudnej sytuacji – trwało akurat głosowanie nad nowelizacją budżetu, bez przerwy słychać było, że nie ma na szklankę mleka dla biednych dzieci, a rząd oszczędza na najuboższych. Sojusz zaś szedłby po raz drugi ręka w rękę z prezydentem i popierał go wyłącznie dlatego, że mediom publicznym nie gwarantuje się w czasie kryzysu prawie 900 mln zł.

Teraz jednak Sejm poszedł na wakacje, weto będzie głosowane najwcześniej pod koniec sierpnia, a więc jest czas na polityczne targi. SLD jest w tej sytuacji, że może podbijać stawkę i zwracać się w tę stronę, gdzie aktywów do zyskania jest najwięcej. Dziś dużo do zaoferowania mają PiS i prezydent.

Nie bez powodu weto tak bardzo ucieszyło przewodniczącego KRRiT Witolda Kołodziejskiego, który od razu zawołał, że ta ustawa nigdy nie powinna wejść w życie. Otóż KRRiT, gremium zużyte, w którym aktualnie rządzą PiS z Samoobroną, może teraz wybrać rady nadzorcze telewizji i innych spółek, pozbyć się kłopotliwego dla wszystkich Piotra Farfała i usadowić na fotelu prezesa TVP bliskiego prezydentowi Sławomira Siwka. Ma nawet czas na wybór rad spółek regionalnych, a więc posad do rozdania jest dużo. Tych z wysokiego szczebla i tych mniej widocznych, ale chętnie przyjmowanych przez partyjny aparat. PO takich atutów nie ma i Sojusz może liczyć co najwyżej na zyski przyszłe i niepewne. Z tego to powodu upadła już jedna ustawa medialna, gdy okazało się, że PO nie gwarantuje wystarczającej liczby stanowisk właśnie w terenie. SLD ma więc czas, aby kalkulować, co się bardziej opłaci.

Z punktu widzenia prezydenta i PiS jedynie weto otwierało im drogę powrotu do władzy w mediach publicznych. Przesłanie ustawy do TK odłożyłoby zmiany w czasie, ale one w końcu by nastąpiły, powstałaby nowa Krajowa Rada, w której prezydent nie miałby już blokującego głosu. Teraz już żadnej nowej ustawy nie będzie, gdyż chyba nikt nie traktuje poważnie zapowiedzi, że prezydent napisze ją wspólnie z twórcami. Nie ma też sensu apelować do prezydenta, aby nie przyjmował sprawozdania i tym samym zakończył żywot KRRiT, jeżeli rada będzie jemu i jego partii w pełni powolna. Prezes Farfał stanie się już przeszłością i będzie można udawać, że właściwie był jakimś dziwnym wypadkiem przy pracy nad ugruntowaniem niezależności mediów. Natychmiast po wecie Jarosław Kaczyński zapowiedział, że PiS będzie ze wszystkich sił bronił mediów przed upadkiem, choć to on przecież dokonał największego po 1989 r. politycznego skoku na media wspólnie z Samoobroną i LPR. Uczynił to bez protestów środowisk twórczych, producenckich, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Episkopatu, OBWE i innych organizacji, które teraz we wspólnym froncie błagały prezydenta o weto.

Cała emocjonalna debata, która przetoczyła się wokół tej ustawy, obracała się wokół kwestii finansowania mediów publicznych. Ma ona już wiele odsłon i niedługo będzie obchodzić 15-lecie dyskutowania bez efektów. W tym czasie zgłoszono wiele pomysłów (odpisy od PiT, abonament płacony z rachunkami za prąd, składka mediów komercyjnych plus finansowanie budżetowe w zamian za rezygnację z reklam, który to model właśnie przyjęto w Hiszpanii), ale niczego nie uchwalono. Jakoś wszystkim było wygodnie z malejącymi wpływami z abonamentu, gdyż polityków tak naprawdę nie interesuje żadna misja, ale własny pobyt na ekranie lub w eterze, a więc kilka audycji politycznych.

Ambicje twórców, którzy marzą o wysokiej kulturze, teatrze telewizji, filmach dokumentalnych w porze największej oglądalności, bardzo rozmijają się z oczekiwaniami polityków. Telewizja twórców musi być finansowana z budżetu; telewizja większości widzów siłą rzeczy będzie się stawała coraz bardziej komercyjna.

W sprawie ustawy medialnej PO poniosła poważną porażkę, nie dlatego, że być może kolejna ustawa pójdzie do kosza, a na Woronicza władzę obejmie Sławomir Siwek, którego pierwszą misją ma być rozwiązanie kontraktu z red. Tomaszem Lisem, o czym donosiły wszystkie media. Platforma przegrała dlatego, że przestraszyła się własnej odwagi i nie zaproponowała gruntownej reformy mediów publicznych, w tym także ich częściowej prywatyzacji, która mogła dać pieniądze na stworzenie solidnych podstaw dla jednego programu misyjnego i kilku tematycznych, dla ewentualnie dwóch programó...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]