POLITYKA

Sobota, 29 kwietnia 2017

Polityka - nr 16 (3107) z dnia 2017-04-19; s. 18-20

Polityka

Rafał Kalukin

Zmierzch mitu

Smoleńsk w coraz mniejszym stopniu uzasadnia rewolucyjne ambicje PiS. Został oswojony państwowym rytuałem i stracił temperaturę.

Dawniej śpiewano na smoleńskich rocznicach „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Akcentując zresztą tę frazę ze zdwojoną mocą. Ale od kiedy PiS znów ma prezydenta i premiera, a nad całym układem czuwa prezes, już nie ma takiej potrzeby. Teraz wystarczy zwyczajne „pobłogosław Panie”.

Przed kilkoma laty mówiono, że obszar przed Pałacem Prezydenckim w czasie rocznic jest „skrawkiem wolnej Polski”. Enklawą patriotyzmu podmywaną zewsząd opresyjnymi falami moralnej zgnilizny, postkomunizmu, a zwłaszcza uosabianej przez Tuska zdrady narodowej. Teraz wolna Polska wszędzie wokół.

Owszem, nie wszystko zostało zrealizowane. Pomnika na Krakowskim Przedmieściu nadal brak. Prawda o Smoleńsku też nie do wszystkich jeszcze dotarła. Obóz zdrady narodowej ciągle jakoś się trzyma. Niemniej sprawy idą w dobrą stronę. Bo Polska znowu jest Polską. Znów jest nasza. My jesteśmy jej prawowitymi gospodarzami. Stanowimy tu większość. Za to oni muszą przemykać bocznymi uliczkami. Ich blokuje policyjny szpaler. Bezsilnie dyszą z wściekłości i nienawiści. I dobrze, niech zobaczą, jak to jest.

Dorosły mężczyzna po trzydziestce, obok nastolatek. Obaj w mundurach polowych z naszywkami Polski Walczącej oraz emblematem „Strzelcy Rzeczypospolitej”. To jedna z dziesiątek powstających ostatnimi czasy organizacji paramilitarnych mogących liczyć na wsparcie władzy. Stali przy wejściu do zamkniętej głównej strefy obchodów na Krakowskim Przedmieściu. U nogi starszego stała papierowa torba z logo Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wypełniona wejściówkami na uroczystości smoleńskie.

To chyba ostatnia szansa, aby się przedostać pod Pałac Prezydencki. Większość zaproszeń już dawno rozdysponowano kanałami gwarantującymi pożądany skład uczestników. „Strzelec” niczym selekcjoner w elitarnym klubie lustruje kandydatów. Dużo się tutaj mówi o warchołach określających się jako Obywatele RP, którzy, podszywając się pod uczciwych celebrantów, będą próbowali dostać się na uroczystości, aby wszczynać burdy i obrażać pamięć poległych. Na szczęście po człowieku mniej więcej widać, kto zacz.

– A pan, to…

– Dziennikarz. Z POLITYKI.

– Oj, to nie jest nasza gazeta.

– Ale rocznica wspólna.

– No, skoro pan tak mówi… – po chwili wahania „strzelec” sięga do torby po biało-czerwoną wejściówkę.

Wracam tutaj po czterech latach, aby sprawdzić, jak się dziś miewa człowiek smoleński. Był najbardziej oddany sprawie, najgłębiej ją odczuwał. Smoleńsk połączył go metafizyczną więzią z PiS. Wszystkie inne sprawy filtrował więc poprzez smoleńską teologię zamachu, była ona jego soczewką na świat. Upamiętniał ofiary, śledził z uwagą kolejne hipotezy, piętnował sprawców. Stanowił do niedawna najtrwalszy element zaplecza PiS. Obojętny na hojne obietnice i błyskotki w rodzaju „500 plus”. Popieranie Jarosława Kaczyńskiego nie było dla niego zwykłym politycznym wyborem, lecz aktem wierności zasadom patriotycznym i religijnym. To ludzie z Klubów Gazety Polskiej, uczestnicy spotkań z Antonim Macierewiczem, najtwardszy elektorat PiS. Jeśli przyjąć, że każdy z nich wierzy w zamach, daje to kilkanaście procent wyborców partii Kaczyńskiego. Bez nich PiS nie ma.

Człowiek smoleński był ostatnią jak dotąd reinkarnacją Polaka katolika. Ale nie drapieżnego szowinisty z ideologii endeckiej. Tego dawniejszego, przeniesionego z sentymentalnych książek Rodziewiczówny, gdzie wierność Bogu i Ojczyźnie była nakazem tak oczywistym, że nikomu nawet nie przyszło do głowy wnikać w źródła i sens tego splotu. Przeważnie stał zbity w anonimowym tłumie wypełniającym kościół, okopany na szańcu polskości, przenoszący z pokolenia na pokolenie podstawowe prawdy moralne. Tyleż niezłomny, co w gruncie rzeczy niezdolny do aktywnego działania.

W katastrofie prezydenckiego samolotu człowiek smoleński dostrzegł wymiar eschatologiczny. Smoleńsk był dla niego polską Golgotą, a poległy prezydent – zdradzonym o świcie polskim Mesjaszem, tymczasem złożonym do wawelskiego grobu. Symboliczne zmartwychwstanie, czyli przyszły pomnik na Krakowskim Przedmieściu, niosło obietnicę odwrócenia złego losu Ojczyzny. Czekał więc lud smoleński na spełnienie bożej obietnicy, dostarczając kolejnych świadectw wierności i wiary przy okazji rocznic.

Oczywiście nie zostało to wszystko tak wprost powiedziane. Lecz czytelne tropy pojawiały się na każdym kroku – w treści wznoszonych haseł, w toczonych rozmowach, w tekstach pieśni, w biskupim kazaniu. W moralnym niepokoju, który dosięgał nawet niedowiarków. Wszystko zresztą działo się spontanicznie. Uwagę w ludzkim gąszczu pod Pałacem Prezydenckim natychmiast przykuwały koślawe wytwory patriotycznego „do it yourself”. Transparenty z trzymającymi się na słowo honoru literami, wzywające do stawiania szubienic dla zdrajców na Stadionie Narodowym. Tablice gloryfikujące ducha poległego prezydenta. Wciskane za psi grosz chałupniczo wyprodukowane plakietki i inne patriotyczne bibeloty. Co chwilę ktoś oferował obrazek – ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]