POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 4 (3095) z dnia 2017-01-25; s. 22-23

Nowy cykl Polityki

Jacek Rakowiecki

Zostawić, cofnąć, poprawić?

Jeśli arcytrudnym zadaniem jest rychłe obalenie rządu PiS i przedterminowe wybory, to cel ten i tak jest dziecinnie łatwy, gdy zastanowić się, co potem. Bo nawet jeśli nowa władza zdobędzie bezpieczną większość w parlamencie, skala wyzwań, jakie przed nią staną, jest wręcz trudna do wyobrażenia.

Dynamika wydarzeń może sprawić, że w ciągu roku czy dwóch lat PiS na tyle osłabnie, na tyle narazi się kolejnym grupom społecznym (studenci, nauczyciele i rodzice, górnicy, biurokracja, samorządy, służby mundurowe itd.), iż kwestia przedterminowych wyborów faktycznie stanie na porządku dnia. Nawet jednak w takim przypadku jedyną szansą na wynik wyborczy, który odsunąłby PiS od władzy, byłby szeroki sojusz prawie całej opozycji, przynajmniej od PO i Nowoczesnej, przez PSL, po istotną część lewicy.

Proste odsunięcie PiS nie byłoby wystarczające: zwycięzcom potrzeba co najmniej takiej większości, która będzie mogła odrzucać wszystkie weta prezydenta (lub zdoła postawić go przed Trybunałem Stanu). Bez tego nowy rząd i parlament byłyby praktycznie sparaliżowane i rozczarowałyby elektorat w szybkim tempie. Nie tylko nie mogłyby dokonywać żadnej sanacji tego, co PiS popsuł i zrujnował, ale też nie dałyby rady rozliczyć ewidentnych przestępstw konstytucyjnych popełnianych przez obecny rząd i administrację. A rozliczenia właśnie, obok sanacji kraju, żądaliby w pierwszym rzędzie wyborcy nowej koalicji.

Przyjmijmy jednak, że te założenia w dającym się przewidzieć czasie będą możliwe do zrealizowania. Co w takim razie, poza sądowym (czy może trybunalskim) rozliczeniem Jarosława Kaczyńskiego i jego pomocników, stanie przed sanatorami? Otóż, kłopot o skali trudnej do wyobrażenia i niewidzianej od 1989 r., a pewnie nawet większej, bo rząd Tadeusza Mazowieckiego miał gigantyczny kredyt zaufania, pokłady optymizmu były niezmierzone, a potencjalni przeciwnicy poukrywali się w mysich norach.

Jeśli nawet uznamy, że politycy i prawnicy opracują „mapę drogową” uczciwego, ale szybkiego procesu odkręcenia mnóstwa fatalnych pisowskich rozwiązań ustawowych (odbudowa Trybunału Konstytucyjnego, odpolitycznienie prokuratury, kwestia mediów publicznych itp.), musi ta nowa władza jak najszybciej dogadać się w sprawie pilnych i ogromnie skomplikowanych wyzwań ekonomiczno-cywilizacyjnych. A co wyzwanie, to nawet nie ryzyko, ale pewność narażenia się innej grupie społecznej. W dodatku część z tych decyzji nie będzie mogła czekać ani chwili, bo PiS zapoczątkował lub wręcz już przeprowadził wiele zmian głęboko ingerujących w tkankę gospodarki, państwa i stosunków społecznych. A im później zmiana władzy nastąpi, tym tych zaawansowanych zmian będzie więcej.

Ot, wyobraźmy sobie taki stosunkowo prosty przypadek, że właśnie trwa już przekopywanie Mierzei Wiślanej i trzeba zdecydować: przerywamy czy nie? Jeśli przerwiemy, wiele nie zaoszczędzimy, straty ekologiczne będą już częściowo faktem, umowy na ogromne prace ziemno-budowlane podpisane, więc co najmniej trzeba będzie wypłacić odszkodowania. Z drugiej jednak strony niewykluczone, że nad tą budową wisiał już będzie jakiś wyrok unijny, z wielkimi karami finansowymi i niewstrzymanie prac oraz cofnięcie mierzei do punku wyjściowego będzie też kosztowało krocie. I w jednym, i w drugim przypadku trzeba je będzie pokryć z budżetu, czyli wspólnych podatków. A pieniądze, biorąc pod uwagę niżej zamieszczoną listę innych, jeszcze trudniejszych decyzji, będą potrzebne wszędzie.

Jeszcze gorzej będzie z reformą szkolną, jeśli zmiana władzy nadejdzie podczas jej trwania. Wszak ileś budynków gimnazjalnych zmienić może szybko przeznaczenie, jedne pójdą pod młotek, inne zyskają nowych lokatorów, tu i tam ruszą samorządowe inwestycje dostosowujące podstawówki i licea do przyjęcia zwiększonej liczby uczniów, podręczniki do nowego systemu będą już wydrukowane, nauczyciele pozwalniani. A więc zacisnąć zęby i kontynuować? Ale skoro to tak zła zmiana i protest przeciwko niej konstytuował w znacznym stopniu determinację wyborców nowej władzy, jak teraz się nie wycofać? A jeśli wycofać, to wszak wypłacając samorządom kolejne odszkodowania, rekrutując na powrót kadrę pedagogiczną, z której część – i to zapewne ta najlepsza i najbardziej energiczna – już sobie jakieś nowe zajęcia znalazła.

Tylko z pobieżnie sporządzonej listy problemów popisowskich wychodzi, że takich dylematów na ogromną skalę będzie co najmniej kilkanaście. A biorąc pod uwagę, że ileś złych i głupich zmian jeszcze się pojawi – do rozgryzienia być może nawet i dwa razy tyle.

Weźmy pod uwagę choćby sztandarowe 500+. Z jednej strony łatwo powiedzieć, że jego likwidacja da natychmiast budżetowi zastrzyk ponad 20 mld zł, więc nie tylko Mierzeję Wiślaną i powrót gimnazjów by się z tego sfinansowało. Ale bądźmy realistami: nikt, kto zadeklaruje w kampanii wyborczej likwidację 500+, nie ma szansy nawet wejść do parlamentu, o zdobyciu większości w nim już nawet nie mówiąc. Oszczędności więc tu nie będzie. W zamian można próbować rozważyć, czy nie dałoby się ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]