POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 40 (2725) z dnia 2009-10-03; s. 108-113

Na własne oczy

Marcin Kołodziejczyk

Z Warszawy do wieczności

Wchodzą w życie, kiedy wybucha powstanie. Walczą, przeżywają – potem normalnie pracują, robią kariery, zakładają rodziny. Ale zgasłe powstanie zostaje w nich na zawsze – w piwnicach, w gruzach, na ulicach kwitnącego dziś miasta.

Wiosna 1944: Dym

Jur, chłopak z Woli, rocznik 1925. Jako piętnastolatek pracuje przy rozładunku węgla w elektrowni tramwajowej – to ten budynek, w którym dzisiaj jest Muzeum Powstania Warszawskiego. Potem, do powstania, pracuje w zakładach Philipsa. Jest mocny, nie ma ojca, sam utrzymuje dom, szybko się dorasta przez wojnę. Przed powstaniem Jur dla powagi doda sobie w papierach dwa lata życia.

Alina, żoliborzanka, rocznik 1923. Ma 16 lat, kiedy wraca do okupowanej Warszawy z majątku stryja na Kresach. Opiekuje się uciekinierami z getta ukrywanymi przez ciotkę – sprząta, gotuje, nosi węgiel. Chce być potrzebna – tak ją wychowano. Kocha tańczyć, tańczy wszędzie, biega na lekcje tańca do słynnej szkoły pani Mieczyńskiej. Nawet w celi i w umywalniach Pawiaka, gdzie trafi za pomoc Żydom, będzie tańczyć ukradkiem.

Jupiter ze Starówki, rocznik 1923. Pod podłogą ma schowany damski pistolet, do spółki z kolegą – 4 kule w magazynku. Kręci się pod Muzeum Narodowym, gdzie stoi wartownik z karabinem bergmann. Powstanie wisi w powietrzu jak dym, widać je nawet w spojrzeniach przechodniów. Ale nie ma rozkazu strzelać. Jupiter pójdzie do powstania z pistolecikiem i pudełkiem sidolówek, które nie wybuchną.

Juliusz, torunianin, rocznik 1927. Wielbiciel Słowackiego. Zdaje małą maturę na tajnych kompletach w Warszawie tuż przed powstaniem. Ma 17 lat, kiedy idzie bez broni walczyć na Mokotów. 60 lat później w zrealizowanym jak teledysk filmie o powstaniu, „Sparta”, powie: „Brak broni miała zastąpić furia odwetu”.

Lato 1944: Iskra

Jur. W lipcowe noce z dachu budynku Philips Werke słychać kanonadę za Wisłą, niebo jasne od wybuchów. Znaczy ze wschodu idą Rosjanie. Warszawa wie, że premier Mikołajczyk rozmawia ze Stalinem w Moskwie. Łuna na wschodzie to bitwa pancerna pod Wołominem. Armia Czerwona przegrywa – traci 350 czołgów, ale ta wieść do miasta nie dociera. 31 lipca jest rozkaz: jutro na siedemnastą naznaczona godzina W, powstanie. Niektórzy konspiratorzy zdziwieni, bo stolicy nie objęto Akcją Burza. Jeszcze w połowie lipca przerzuca się amunicję i broń z miasta na wschód, dla partyzantów. Idzie iskra po ludziach, ale kontakt słaby – na róg ulic Leszno i Orlej nie dociera na czas zaprzysiężony magazynier broni. Wola i tak staje do walki. Jur: – Chcieliśmy zawdzięczać wolność Warszawy i niezawisłość polityczną Polski ofierze własnej krwi. Wolskie magazyny broni powstańczej zostaną odkryte w 1947 r. podczas odgruzowywania miasta.

Alina. Pracuje w sklepie z papeterią przy Marszałkowskiej. W godzinę W słyszy strzał z czołgu stojącego po drugiej stronie ulicy. Dziwi się: już nasi zdobyli czołg? Działa metodycznie. Robi jeszcze remanent, zamyka sklep i idzie do mieszkania ciotki. Kilka kroków przed nią Niemcy zabijają człowieka. Zaczęło się. Koniec lekcji tańca. Alina zostaje łączniczką w batalionie Kiliński. W piwnicach miasta zapanuje matriarchat. Kobiety będą gotować, opatrywać rannych, tulić dzieci, sprzątać, ścielić łóżka dla wracających z akcji, biegać podziemiami przez przebite ściany piwnic z meldunkami. Alina: – Ale jak się tak dużo dzieje, a chce się zachować rytm życia – trzeba być kobietą, twardą, gospodarną, trzeba umieć podnieść na duchu, rozśmieszyć.

Jupiter. Kolega niesie ich wspólny pistolecik z czterema kulami, a Jupiter sidolówki zawinięte w papier. Idą zgodnie z rozkazem na daleką Grójecką, koło lotniska Okęcie. Na placu Narutowicza słyszą wiadomości ze szczekaczki – czyli musi być godzina szesnasta. Ulica pełna ludzi – cywile uciekają z miasta. Czuć napięcie. Widać, że coś musi się wydarzyć – chłopaki po dwóch, trzech, w milczeniu przemykają pod murami kamienic. Kolega Jupitera nerwowy. Co kilka metrów przystaje i zagląda, czy jest kula w lufie pistoleciku. Nie wytrzymuje, strzela do Niemca na rowerze – dwie kule, czyli zostają im ostatnie dwie. Niemiec pada. Ale już ze strachu kolega nie schyla się po mauzera tego Niemca, tylko ucieka. Jupiter pryska z ulicy w ogródki działkowe. Przewraca się o łańcuch pasącej się kozy. Sidolówki rozbijają mu się za pazuchą, ale nie wybuchają. Dostaje ostrzał. Znajduje w paczce jeden dobry granat. Rzuca, jak uczyli na szkoleniach – zamachem w stronę ognia, zakrywa głowę. Jupiter: – Modlę się minutę, piętnaście minut, godzinę, nie wiem. I wtedy słyszę takie cichutkie bum, jakby ktoś strzelił z kapiszona. To wybucha moja sidolówka.

Juliusz. W sierpniu jeszcze mają nadzieję. Prawa strona Wisły dudni wybuchami. Idą Ruscy. Powstańcy nie będą opuszczeni. Śpiewa z chłopakami: „Obok Orła znak Pogoni/poszli nasi w bój bez broni/hej ha krew gra/duch gra hej ha/niechaj Polska zna, jakich synów ma”. Kolega Zbyszek jest w oddziale z Baczyńskim, jest przy jego śmierci. Ten Krzysiek Baczyński: taki młody, ale chyba już ze śmiercią na ramionach, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]