POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 9 (11) z dnia 2017-09-13; Pomocnik Historyczny. 4/2017. Marcin Luter i reformacja. 500 lat protestantyzmu; s. 18-21

Reformacja

Adam Szostkiewicz

Zwiastuny

Stulecie poprzedzające wystąpienie Marcina Lutra pełne było wydarzeń i idei zapowiadających odnowicielski kryzys w zachodnim chrześcijaństwie.

Grunt pod reformację. Brytyjski historyk Patrick Collinson, profesor Cambridge, zastanawiał się, czy to możliwe, by jeden człowiek, proponując nową teologię czy urządzając protest przeciwko jednej konkretnej praktyce kościelnej swego czasu (handlowi odpustami), zapoczątkował cały proces historyczny? I czy gdyby nie zaprotestował, to reformacji by nie było? Collinson cytował w związku z tym słowa wiktoriańskiego konserwatysty Thomasa Carlyle’a, że gdyby Luter nie stawił się na sejmie Rzeszy Niemieckiej w Wormacji (1521 r.), który był rodzajem szczytu europejskiego, z udziałem Polski, aby tam na wezwanie cesarza niemieckiego odwołał swoje nauki (czego nie uczynił, a cesarz skazał go na banicję), to nie doszłoby w konsekwencji do rewolucji francuskiej, powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki i nowoczesnego pojęcia wolności indywidualnej.

Badacze mniej radykalnie podchodzący do roli jednostki w historii analizują raczej czynniki systemowe, od ekonomii i polityki po religię, duchowość i kulturę. Wystąpienie Lutra odegrało jedynie rolę zapalnika. Angielski kardynał John Henry Newman pisał w XIX w., że protestantyzm nie mógłby przetrwać, gdyby „nie tkwiła w nim wielka prawda lub poważna jej część”. Komentując te słowa, współczesny francuski katolicki historyk Kościoła Pierre Pierrard dodał w swej „Historii Kościoła katolickiego”, że w przypadku reformacji mamy do czynienia z wielkim dramatem – dziejowym, duchowym, społecznym: „Nie wytłumaczymy rewolucji luterańskiej żądzami mnicha, któremu spieszno było zerwać śluby, lub sprzeciwem młodego zakonnika, zgorszonego panującą w Rzymie rozpustą, czy wreszcie rezultatem niemieckich ambicji politycznych lub konsekwencją kryzysu ekonomicznego i społecznego, trapiącego Europę w epoce Fuggerów, Gutenberga i Kolumba”.

Czy grunt pod reformację był zatem przygotowany? – pyta Pierrard. W XV i na początku XVI w. społeczeństwo Europy Zachodniej było schrystianizowane, ale trudniej określić, jak głęboko. Bo jeśli chodzi o ludność wiejską, to wciąż pozostawała ona pod wpływem „animizmu, zaklinania i stosowania magii oraz czarów”. Z kolei „wielu księży żyje w konkubinacie, albo prowadząc rozwiązłe życie, albo mieszkając razem z kobietą, a ich dzieci służą im do mszy, a nawet zostają spadkobiercami”. Jednak, zdaniem Pierrarda, to nie konkubinat popchnął część duchownych w objęcia Lutra i reformacji, lecz raczej ich niskie wykształcenie, brak gorliwości, bierność. Dotyczyło to także dostojników kościelnych, choć byli też biskupi pobożni, wykształceni i przykładni. Za to zabrakło przykładu z samego szczytu Kościoła: papieże renesansu nie podołali ciążącej na nich odpowiedzialności za losy chrześcijaństwa zachodniego.

Podobnie sądził wielki historyk niemiecki Leopold Ranke, który w swych „Dziejach papiestwa XVI–XIX w.” pisze: „Doprawdy nie trzeba było dopiero Lutra, aby w tych wszystkich poczynaniach za czasu papieża Aleksandra VI wykryć przeciwieństwo chrześcijaństwa. Już wówczas uskarżano się, że papież toruje drogę Antychrystowi, że zamiast troszczyć się o urzeczywistnienie państwa niebieskiego, zabiega o urzeczywistnienie państwa Szatana”. Papieże czasów renesansu nie dawali wiernym chrześcijańskiego przykładu. Godności kościelne traktowano jak dobra świeckie, które można kupić. Tolerowano odpuszczanie grzechów za pieniądze. „I tak oto – konkluduje Ranke – pośród najbardziej oddanych zwolenników i obrońców papiestwa, a mianowicie wśród mnichów i zakonników żebraczych, wyrósł najśmielszy i najpotężniejszy przeciwnik, z jakim kiedykolwiek zdarzyło się spotkać papiestwu”. Chodzi o Marcina Lutra z zakonu augustianów.

Antypapieże i koncyliaryzm. Zanim doszło do tego, co katolicy nazywają luterańską schizmą w Kościele, samo papiestwo uległo schizmie. Kościół miał wówczas aż trzech papieży (w tym dwóch zwanych antypapieżami) jednocześnie, wzajemnie się zwalczających. Na soborze w Konstancji (1414–18), zwołanym przez cesarza Zygmunta Luksemburskiego, próbowano zażegnać tę gorszącą sytuację. Tylko jeden z trójki, Jan XXIII, przybył do Konstancji, lecz wkrótce uciekł w przebraniu giermka. Został aresztowany, złożony z tronu papieskiego, skazany na trzy lata więzienia, a po wypuszczeniu wcielony w skład kolegium kardynalskiego. Drugi, Grzegorz XII, nieprzymuszony złożył rezygnację w 1415 r. Dwa lata później sobór pozbawił urzędu trzeciego, Benedykta XII. Tak zgromadzenie hierarchów zażegnało kryzys i poczuło się panem sytuacji w Kościele. Idea koncyliaryzmu (prymatu soboru jako instancji kontrolującej papiestwo) wydawała się triumfować. W 1417 r., po prawie 40 latach papieskiej schizmy i równo sto lat przed wystąpieniem Lutra, na papieża został wybrany Marcin V. Choć umiarkowany, nie chciał jednak rezygnować z monarszej władzy. Ograniczające ją uchwały soboru nie weszły w życie, reform w Kościele nie podjęto.

Po śmierci Marcina V spór o prymat (koncyliaryzmu czy papiestwa) wrócił na soborze ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]