POLITYKA

środa, 20 września 2017

Polityka - nr 43 (2728) z dnia 2009-10-24; s. 70-72

Nauka / Szkoły wyższe tego & owego

Marcin RotkiewiczKrzysztof Szymborski

Związani bluszczem

Oczkiem w głowie amerykańskich wyższych uczelni są absolwenci. Bez nich trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie systemu edukacyjnego na poziomie akademickim.

Były student to dla amerykańskich uniwersytetów osoba, o którą koniecznie trzeba zadbać. To przynosi uczelni dwie podstawowe korzyści. Po pierwsze, starsi absolwenci mogą pomóc w poszukiwaniu pracy osobom, które właśnie skończyły studia, lub w ten sposób znaleźć dobrych młodych pracowników dla własnych firm. Jeszcze ważniejszy wydaje się jednak drugi cel tych działań – datki od byłych studentów to poważna suma w budżetach amerykańskich uczelni.

Człowiek opuszczający mury uczelni może zawsze liczyć na pomoc w poszukiwaniu pracy. Służą temu specjalne Biura Kariery. Bardzo często korzystają one ze wsparcia starszych absolwentów – takie osoby mogą doradzić młodszym kolegom, gdzie i jak szukać zatrudnienia. Lub wręcz zaoferować pracę, czemu np. w Massachusetts Institute of Technology, który według rankingów plasuje się w pierwszej piątce amerykańskich szkół wyższych, służy specjalny serwis internetowy: absolwenci dla absolwentów. To nie wszystko: MIT utrzymuje biuro zatrudniające dziesiątki pracowników, których zadaniem jest podtrzymywanie więzi z absolwentami.

Jeśli jesteś byłym studentem MIT, należy ci się wiele przywilejów – otrzymujesz specjalny identyfikator ze zdjęciem, zniżki przy korzystaniu z uczelnianej biblioteki oraz centrum sportowego z basenem, zakupie książek wydanych przez MIT Press oraz zapisach na kursy podyplomowe. Uczelnia administruje stroną (alum.mit.edu) przeznaczoną dla byłych studentów. Można na niej skorzystać m.in. z czegoś w rodzaju portalu Nasza-Klasa, który pozwala odszukać dawnych znajomych z roku. Dostajesz również adres e-mailowy (z końcówką @alum.mit.edu), a nawet kartę kredytową z nadrukiem Stowarzyszenia Absolwentów MIT. Wszystko po to, by osoba opuszczająca Alma Mater cały czas czuła się z nią związana. Tak działają niemal wszystkie uczelnie w Stanach.

W 1974 r. skończyłem Uniwersytet Yale – mówi Sabin Russell, znany dziennikarz „San Francisco Chronicle”. – W tym roku obchodziliśmy hucznie 35 rocznicę i z tej okazji odbył się zjazd absolwentów. Okazało się, że od czasu poprzedniego spotkania, pięć lat wcześniej, mój rocznik, czyli ponad 1200 osób, wpłacił na konto uczelni 26 mln dol.

Oczywiście, takie datki nie zdarzają się często i nie na każdej uczelni. Yale należy do tzw. Ivy League (Ligi Bluszczowej – nazwa pochodzi od bluszczu porastającego budynki uczelni), czyli grupy ośmiu najstarszych i najbardziej prestiżowych uniwersytetów z północno-wschodniej części USA, do której należy m.in. Harvard, Princeton i Columbia. Ukończenie takiej uczelni ogromnie ułatwia znalezienie bardzo dobrze płatnej pracy. Studiuje na niej elita kraju – absolwentem Yale jest m.in. były prezydent George W. Bush. – Na zjeździe absolwentów można pogadać z naprawdę ciekawymi ludźmi. Na moim roku był Paul Krugman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, oraz senator Sherrod Brown. Ale nie wiem, jaki oni mieli wkład w te 26 mln dol. Może dali tyle co ja, czyli niezbyt wiele – śmieje się Russell.

Amerykańscy absolwenci przyznają, że uczelnie przypominają im o wpłacaniu datków na rzecz Alma Mater. Co miesiąc dostają w tej sprawie e-maile, listy, otrzymują telefony. Ich szkoły wydają też specjalne magazyny dla absolwentów.

Podobnie postępują również mniej sławne i mniej zasobne uczelnie. Michael Profita jest dyrektorem Career Services, czyli Biura Karier w Skidmore College. Jego misja w skrócie sprowadza się do „przygotowywania programów i dostarczania usług pomagających studentom przejść z uczelni do następnego etapu kariery zawodowej”. Lista tych programów i usług jest długa – studentom pomaga się znajdować letnie staże w interesujących instytucjach, pisać podania o zatrudnienie i atrakcyjne CV. Aranżuje się również nieformalne spotkania z profesjonalistami z rozmaitych branż.

Wykorzystywanie znajomości nie musi być równoznaczne z kumoterstwem – administrowana przez biuro baza danych – Career Network – zawiera informacje o 2100 ochotnikach (absolwentach oraz rodzicach obecnych i byłych studentów Skidmore College reprezentujących rozmaite profesje i obszary geograficzne), gotowych służyć radą poszukującym pracy absolwentom. Te dobre uczynki nie są całkowicie bezinteresowne. Jak wszystko inne w Ameryce, wyższe wykształcenie jest także swego rodzaju biznesem i status uczelni zależy nie tylko od sukcesu jej absolwentów (w domyśle – od jakości produktu jej pracy), lecz też od ich lojalności i hojności.

Pod wieloma względami Skidmore College jest instytucją w kategorii ogólnokształcących 4-letnich szkół wyższych (liberal arts colleges) typową. Uczy około 2700 studentów z 35 stanów i 23 obcych krajów, ma 70 specjalizacji, kadrę składającą się z 232 profesorów i piękny kampus w niewielkim miasteczku Saratoga Springs u podnóża gór Adirondacks.

Jeśli czymś się wyróżnia wśród innych college’ó...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

W kolejnym artykule cyklu o stanie naszego szkolnictwa wyższego porównujemy, jak dbają o swych absolwentów amerykańskie i polskie uczelnie.