POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 38-39

Społeczeństwo

Juliusz Ćwieluch

Życie na cienkim cieście

Droga do pizzerii Al lago jest prosta, ale życiorysy personelu pokręcone.

Al lago to po włosku nad jeziorem. Ładnie brzmi i prawie pasuje, bo kilkadziesiąt metrów za lokalem jest Zalew Zemborzycki. Idąc włoskim tropem, można by jeszcze kombinować coś z Senzatetto – to po włosku bezdomny. Też by dobrze brzmiało i nie odbiegało od faktów.

Frutti di mare

Gdyby zamiast jedzenia serwowano w Al lago opowieści o życiu, Kuba opowiedziałby, jak wyszedł po papierosy i wrócił po dwóch latach, a Ewa dodałaby, jak to jest, kiedy myślisz, że masz wszystko, a za chwilę to nieprawda. Andrzej nie powiedziałby ani słowa, bo ma właśnie taką fazę, że nie mówi. Przynajmniej nie tłucze szklanek jak jego poprzednik.

Sytuacja jest jednak standardowa i Kuba po prostu wałkuje ciasto, Andrzej robi na zmywaku, a Ewa ogarnia lokal, bo zanim powinęła jej się w życiu noga, świetnie radziła sobie i w handlu, i w gastronomii. Ruch jest spory. Przy piątku ludzie wolą pójść do lokalu, niż samemu stać przy garach. Przeszłością restauratorów raczej się nie interesują, choć na ścianach są plansze z historią Wspólnoty, która prowadzi pizzerię. Trochę o idei dobra wspólnego i odzyskiwaniu godności przez pracę. Mało kogo to w sumie obchodzi. Liczy się, że pizza jest pyszna. Słońce świeci, a komary mniej gryzą, więc można zjeść na dworze.

Sielanka, ale Ewa jest czujna, mając na uwadze charakter personelu. Ludzie są po przejściach, czasem jakby przyszli do roboty bez skóry i dlatego zawsze trzeba mieć w zapasie kogoś na podmiankę. Dziś na pizzy ma Kubę. U niego lont jest krótki. Przygodę z nałogami zaczął w gimnazjum, w liceum miał już wyrobioną markę, dyrektor szkoły osobiście namawiał go na odwyk. Jeszcze pół roku temu spał po klatkach i pił płyny ze związkami chemicznymi o długich łańcuchach. Opowiada o tym z profesjonalizmem osoby wielokrotnie terapeutyzowanej, choć nie skończył trzydziestki. Z wyjściem po papierosy było tak, że od roku był już czysty. Zero alkoholu, żadnych narkotyków. Poczuł się zbyt pewnie. Droga do sklepu zajęła mu prawie dwa lata. Po drodze zaliczył jeszcze delirium, które jest jak śmierć, tylko czasem się je przeżywa. Po wszystkim go nie rozpoznawano, bo rok na ulicy trzeba liczyć człowiekowi jak psu, mnożyć go przez sześć.

Jakby mało było Ewie kłopotów z ludźmi, jeszcze z frutti di mare wyskoczył problem, bo dostawca opuścił się z jakością. Na szkoleniach uczyli ją, że jeden niezadowolony klient to dziesięciu straconych. Na to pozwolić sobie nie mogą, bo oni tą pizzą zarabiają na nowe życie. A stare mieli takie, że nie ma tu miejsca na krok w tył.

Crudo

Na pomysł stworzenia pizzerii wpadł Zbyszek Drążkowski, zwany we Wspólnocie tatą, bo to on założył pod Lublinem Emaus i jak ojciec ciągnie przez życie ludzi, którzy wypadli z niego na zakręcie. Przez ponad 25 lat przez Emaus przewinęło się sporo ludzi. Większość z ulicy. Przychodzili. Odchodzili. Niektórzy na wieczne odpoczywanie, bo ulica wciąga jak narkotyk. Życie we Wspólnocie takiego kopa nie daje. Niby jest wikt i opierunek, ale z drugiej strony obowiązki, odpowiedzialność. No i praca, o którą dla ludzi po przejściach coraz trudniej, więc muszą ją sobie organizować sami. Hodowali owce, uprawiali ziemię, produkowali meble ogrodowe, budowali przystanki autobusowe, sprzedawali starocie. Jak jeden interes szedł gorzej, wymyślali inny. Pizzeria też tak powstała.

Zbyszek akurat jechał samochodem do Wspólnoty i zobaczył, że zwolnił się lokal, bo padł sklep Groszek. Zaczął rozmyślać o tym Groszku i wykombinował, że jakby ktoś założył w tym miejscu pizzerię, a nie kolejny sklep, to na pewno by nie splajtował. Dwa kilometry dalej doszedł do wniosku, że właściwie oni mogliby założyć tam pizzerię. Pięć kilometrów dalej był już w biurze i ogłaszał, że ma nowy pomysł – założą pizzerię.

Podobno ludzie aż jęknęli z przerażenia, bo od skręcania przystanków i odlewania betonowych elementów do karmienia ludzi jednak jest przepaść. Zbyszek przekroczył ją we właściwym dla siebie stylu. Po prostu umówił się z jednym z lubelskich restauratorów, żeby nauczył ich robić pizzę. Coś go tknęło i wcześniej poszedł spróbować, jak tam karmią. Już w połowie posiłku wiedział, że z takiej pizzy chleba dla Wspólnoty nie będzie.

Dalej opowieść leci już hollywoodzko, bo, wracając, spotkał siedzącego na kawie Ivo Violante. Koło Iva trudno przejść obojętnie, bo ma ekspresyjny styl bycia i rozpoznawalną twarz po udziale w jednym z topowych programów kulinarnych. W Lublinie wiedzą, że Ivo jest ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]