POLITYKA

Czwartek, 21 września 2017

Polityka - nr 11 (11) z dnia 2016-11-23; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 24. Rady na kłopoty ze sobą i innymi; s. 58-61

My. Kiedy kłopoty mają bliscy

Aleksandra Żelazińska

Życie oddzielne

Ucieczka przed światem do własnego wnętrza – zaburzenie czy konieczność

Z pokoju wychodzą tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzy, najczęściej nocą. Nie zapuszczają się daleko, zwykle do łazienki i z powrotem. Przesypiają dni. Kiedy nie śpią, oglądają telewizję, grają w gry wideo albo włóczą się po internecie. Rodzina zostawia im pod drzwiami tace z jedzeniem. Puste już, nie zawsze do rodziny wracają. Bywa, że resztki jedzenia gromadzą się gdzieś pod łóżkiem, powoli rozkładają, czuć je w całym domu. Pokój obrasta brudem i gratami. Latami.

Szacuje się, że koło miliona młodych Japończyków doświadcza syndromu hikikomori. Żyje ich wzorem nieoszacowana liczba osób na świecie. Hikikomori oznacza oddzielenie. I rzeczywiście, młodzi wolą żyć w odosobnieniu, czasem całe dekady, zamknięci w czterech ścianach. Porzucają szkoły, nie pną się po szczeblach kariery, nie rozwijają zainteresowań, nie prowadzą życia towarzyskiego ani intymnego. Ze spraw prozaicznych: nieprzesadnie o siebie dbają i nie płacą rachunków. Są na wiecznym utrzymaniu. Wbrew pozorom ani się nie lenią, ani przesadnie nie buntują – boją się tylko. Świata zewnętrznego, ludzi i różnych społecznych sytuacji, z którymi wcale nie chcą się mierzyć. Jeśli nawet pojawi się w nich potrzeba, żeby wyjść z pokoju, lęk i tak wygrywa. Młodzi winą za ten stan rzeczy obarczają na zmianę siebie i najbliższe otoczenie. Siebie – bo nie mają dość siły, żeby żyć na zewnątrz. Otoczenie – bo nie stwarza warunków, nie rozumie, nie zareagowało w porę. Czyli zanim ten strach tak na dobre się w nich rozpanoszył, zakorzenił.

O japońskim oddzieleniu Amerykanie piszą: zamknięcie się w sobie, wycofanie w siebie. Zjawisko nazwał i opisał jako pierwszy, już w latach 90., psychiatra Tamaki Saitō. Coraz częściej zgłaszali się do niego rodzice, których dzieci najpierw nagminnie wagarowały, a potem zamykały się w pokojach, odmawiając rozmów, spotkań, jakichkolwiek form aktywności. Problem – dziwnie powszechny, choć wówczas słabo jeszcze rozpoznany – dotyczył najczęściej 15-letnich chłopców z klasy średniej. Z czasem zaczął zaś dotyczyć po prostu osób, które ciągle się zadręczają. Bo chcą zawierać przyjaźnie, zakochiwać się, robić po prostu to, co zwykle robią inni, ale zwyczajnie nie potrafią. U niektórych pacjentów Saitō ten dysonans wywoływał agresję, innych strącał w depresję. Zupełne wyłączenie z życia społecznego poprzedzały zaś na ogół różne – właśnie społeczne – okoliczności: słabe stopnie, doświadczenie jakiejś formy upokorzenia wśród ludzi, na przykład szkolnych kolegów, ale też odtrącenie, rozczarowania, zawody miłosne i problemy rodzinne. Wreszcie poczucie niedorastania do rozmaitych oczekiwań, nieprzystawania do ludzi wokół, a w efekcie mocno obniżona samoocena i brak pewności siebie.

Zdezorientowani

Hikikomori, choć nazywane syndromem, nie jest jednostką chorobową, to zespół zachowań raczej niż trwałe psychiczne zaburzenie. Przypomina nieco depresję i może się w nią przekształcić. Według japońskich danych rządowych rodzice młodych z hikikomori są zwykle więcej niż dobrze wykształceni, stać ich na utrzymanie bezrobotnych dzieci, nie wyciągają ich z pokojów na siłę. Jak to może wyglądać – i dramatycznie się rozwinąć – pokazuje choćby „Sala samobójców” Jana Komasy. Albo doskonały krótki metraż „Opowieści z chłodni” Grzegorza Jaroszuka. Co ciekawe, syndrom dopada też 40-latków, ludzi w sile wieku, którzy nagle stracili posady i nie bardzo wiedzą, co mają robić dalej, jak spożytkować czas, czy i jakiej teraz szukać pracy. Stają się oni – by tak rzec – życiowo zdezorientowani.

W zestawieniach najbardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka utrata pracy figuruje dość wysoko, zwykle gdzieś między małżeństwem a doświadczeniami z własnych rozpraw rozwodowych. Gdyby grupę badawczą zawęzić, tj. przyjrzeć się tylko stresom ludzi młodych, lista uwzględniałaby najpewniej też kłopoty szkolne, pierwsze miłosne albo czysto ludzkie rozczarowania, pierwsze doświadczenia zawodowe. I to jest clou. Tym bowiem, co jakoś oddala młodych od rzeczywistości, jest przerost społecznych oczekiwań. Różne badania wykazują, że ok. 40 proc. Polaków między 24. i 35. rokiem życia nadal mieszka z rodzicami. W dużej mierze ze względów ekonomicznych, ale powody nie zawsze są tak twarde i mierzalne. Spójrzmy na Japończyków: syndrom hikikomori dostrzeżono i opisano w momencie nieprzypadkowym dla dziejów współczesnej Japonii. Oto w latach 90. kraj uznawany za mocarstwo, przynajmniej pod względem gospodarczym, bez wyraźnej przyczyny popadł w poważny kryzys finansowy (mowa o tzw. japońskiej bańce spekulacyjnej). Kolejne pokolenia wciąż próbują go zażegnać, konkurować, nadrobić zaległości, nadążyć za światem. Duży nacisk kładzie się na edukację, rozwój własny, sukces zawodowy. W Polsce zadziało się podobnie, choć toutes proportions gardées – mocarstwem Polska nie była ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]