POLITYKA

środa, 20 lutego 2019

Polityka - nr 13 (2186) z dnia 1999-03-27; s. 38-40

Świat

Jagienka Wilczak

A kakoj ty Palak

Mówią, że mieli pecha: nie wyjeżdżali od siebie, to historia sprawiła, że stali się polską mniejszością na Białorusi. Język polski przechowali dziadkowie i Kościół. Młodzi najpierw przestali się uczyć polskiego, a potem po polsku rozmawiać. Polskość wróciła do nich dopiero za pierestrojki, w 1988 r. Trochę późno.

Maria Kozłowska z Dociszek na Grodzieńszczyźnie przyznaje, że nie zauważyła nawet, kiedy w domu przestali mówić po polsku. - Wiedzieliśmy, że korzenie nasze idą od polszczyzny, ale jak my tu mieli uczyć się polskiego, skoro szkoła była rosyjska albo białoruska. Ostatnią polską szkołę, w Grodnie, zamknięto w 1948 r. Kiedy rodzice pojęli, że Polska już nie wróci, przestali robić dzieciom bałagan w głowie, żeby im w życiu było łatwiej.

Kołchoz Dociszki liczy tysiąc osób, Berentowiczów, Budrewiczów, Murawskich, Sawieli, Sawickich. Prawie sami Polacy, tylko 15 Białorusinów. Ale rozmawiali, jak prawie wszyscy tutaj, "po prostemu", czyli mieszaniną białorusko-rosyjsko-polską. Maria rozmawiała z mężem po białorusku. Mąż, też Polak, jest dyrektorem kołchozu. Dzieci rugali po rusku. Tylko pacierz odmawiali po polsku i w kościele modlili się, bo msza była odprawiana w polskim języku, a jedynym dostępnym podręcznikiem literatury był modlitewnik. Ale kiedy dyrektor szkoły, w której pracowała Kozłowska, dowiedział się, że uczy syna pacierza, nakazał: przestań, jeśli chcesz nadal pracować.

- Szkoła ...