POLITYKA

Niedziela, 19 maja 2019

Polityka - nr 38 (2316) z dnia 2001-09-22; s. 4-10

Raport / Terror

Marek OstrowskiAdam Szostkiewicz

Ameryka idzie na wojnę

Historycy kiedyś pewnie powiedzą, że XX wiek skończył się definitywnie 11 września 2001 r. o godzinie 8.45 czasu nowojorskiego, kiedy ufna, otwarta, silna Ameryka ugodzona została w samo serce. To co niewyobrażalne, nierzeczywiste, to co tylko miało straszyć widzów w kinie, stało się naprawdę. Precyzyjny skrytobójczy zamach, który dosięgnął tysięcy niewinnych ludzi, wymierzony został w demokratyczny ład swobód i wolności. Ten dzień zmienił świat, zmusił, aby na nowo zdefiniować wspólne wartości i powinności. Z dymu i kurzu po storpedowanych wieżowcach Manhattanu wyłania się na naszych oczach nieznana epoka. Niesie więcej niepewności, obaw i pytań aniżeli nadziei na rozbicie nieuchwytnego i śmiertelnego wroga naszej cywilizacji: międzynarodowego terroryzmu. Nagle okazało się, że razem musimy iść na wojnę, jakiej jeszcze nie było.

Grozę budziła skala i perfidia ataku. O niemal tej samej godzinie porwano cztery samoloty pasażerskie – wszystkie zamiary się powiodły (nie było doniesień o udaremnionej próbie porwania). Z zagarniętych samolotów trzy uderzyły w zamierzone cele, można więc zbrodniczą skuteczność ocenić na 75 proc. Terroryści musieli się przygotowywać latami, skoro zdobyli budzącą zaufanie tożsamość i nawet nauczyli się pilotować ogromne Boeingi. Jak to możliwe, by CIA – dysponująca budżetem w wysokości 30 mld dolarów – nie wpadła na trop takiego paramilitarnego spisku?

Kilku znanych specjalistów od wywiadu w Polsce zdążyło już twierdzić, że żadnej winy wywiadu amerykańskiego nie było, bo nie sposób przewidzieć ataku zbrodniczych szaleńców. Tak łatwego rozgrzeszenia w USA nie będzie. CIA już jest na cenzurowanym i będzie jeszcze bardziej. Prasę obiegła wypowiedź Reuela Marca Gerechta, specjalisty od wywiadu (napisana jeszcze przed zamachem w miesięczniku „Atlantic Monthly”). Podkreśla on słabość CIA – nawet w porównaniu z wywiadem francuskim czy brytyjskim – w penetracji kół terrorystycznych: „CIA zapewne nie ma ani jednego naprawdę wykwalifikowanego, mówiącego po arabsku oficera, pochodzącego ...

Latający bunkier prezydenta

(ASzo)

Ameryka przygotowała się do ataku z zewnątrz, ale to miał być atak nuklearny. Wybudowano schrony przeciwatomowe, wydzielono samoloty i okręty mające przyjąć przywódców państwa i dowódców sił zbrojnych na wypadek, gdyby musieli oni ze względów bezpieczeństwa opuścić centra władzy, takie jak Biały Dom czy Pentagon, mieszczący amerykańskie ministerstwo obrony narodowej.

Pentagon, wzniesiony jeszcze podczas II wojny światowej, rdzeń amerykańskiego systemu obrony, uchodził za obiekt praktycznie nie do sforsowania. Możliwości bezpośredniego ataku z powietrza – własnego cywilnego samolotu – nie wzięto pod uwagę. Trudno zresztą sobie wyobrazić, by ktokolwiek wydał rozkaz zestrzelenia cywilnej maszyny amerykańskiej z obywatelami USA na pokładzie, nadlatującej nad Pentagon.

Nieprzerwane funkcjonowanie państwa mają zapewnić plany COG, Continuity of Government (ciągłość rządów). Każda ważna instytucja na szczeblu federalnym ma takie plany, przewidujące zasady postępowania na wypadek wojny, ataku z zewnątrz, poważnych zamieszek wewnętrznych czy klęski żywiołowej. Plany COG określają zasady przekazywania władzy, w razie gdy osoby ją pełniące – na przykład prezydent państwa czy gubernator stanu – pełnić jej nie mogą. Nakazują też zabezpieczyć i chronić najważniejsze archiwa, bazy danych i wyposażenie. Podobne plany istnieją na szczeblu stanów i władz lokalnych.

Przez całą dobę pracuje tajny zespół ludzi nadzorujący marszrutę prezydenta i jego potencjalnych następców, tak by ich drogi nie krzyżowały się, jeśli nie jest to niezbędnie konieczne. Specjalny wojskowy samolot prezydencki Air Force One, zaopatrzony w sprzęt telekomunikacyjny umożliwiający kierowanie państwem z powietrza, może być użyty jako tymczasowa siedziba i schronienie – „latający bunkier” – szefa państwa w razie, gdy Biały Dom przestaje być bezpieczny. W takiej funkcji użyto samolotu we wtorek 11 września. George W. Bush bynajmniej nie uciekł z Waszyngtonu, tylko postąpił według zasad COG.

Gdy jego sztab odebrał wiadomość o możliwości zaatakowania Air Force One, prezydent schronił się w jednym z bunkrów przygotowanych w ramach COG. Większość owych schronów rozlokowano wokół Waszyngtonu. Jeden z nich zbudowano w latach 50. pod górą Raven Rock w Pensylwanii, niedaleko od rezydencji prezydentów USA w Camp David. Bunkier otrzymał kryptonim Site R i w razie potrzeby miał pełnić funkcję zapasowego centrum dowodzenia, czyli być drugim Pentagonem. Podobny schron istnieje w samym Camp David.

W górach Wirginii, 75 mil od Waszyngtonu, wybudowano ośrodek Mount Weather, mający bezpośrednią łączność z Białym Domem i potężne centrum komputerowe. Grube na prawie 2 metry i ważące 34 tony wrota do sieci podziemnych tuneli potrzebują kwadransa, by zamknąć się lub otworzyć. Poprzedza je, niczym w średniowiecznej twierdzy, opuszczana brama. W bunkrze są: szpital, krematorium, sale wypoczynkowe i jadalnie, część sypialna, zbiorniki wody, generator energii elektrycznej, studia radiowe i telewizyjne. Tunele boczne mieszczą 20 pawilonów biurowych, część z nich ma po dwa piętra. Mount Weather zdoła pomieścić kilka tysięcy osób (łóżek jest w nim 2000), ale prywatne sypialnie czekają tylko na prezydenta i członków rządu oraz sędziów Sądu Najwyższego.

Amerykańscy VIP-owie podzieleni są na trzy grupy o kryptonimach Alfa, Bravo i Charlie. Zgodnie z zasadą rozproszenia, jeśli pierwsza pozostaje w Waszyngtonie, to druga przenosi się do Mount Weather, a trzecia jeszcze gdzie indziej.

(Aszo)

Osama ibn Laden

Krzysztof Mroziewicz

Wyróżnia go wzrost (prawie 2 metry), a także fortuna rodzinna (prawie 5 mld dolarów), dzielona z szesnaściorgiem rodzeństwa, oraz ponad milionem talibów, których finansuje i wspiera od strony logistycznej. Jest w Afganistanie lubiany, bo brał udział w wojnie partyzanckiej przeciwko wojskom radzieckim. Sam w istocie nie walczył, gdyż jest niedołęgą nieumiejącym strzelać. Ale ściągał ochotników z całego muzułmańskiego świata, finansował ich i wyposażał w sprzęt, co zresztą robi w dalszym ciągu. Jego specjalnością było budowanie schronów i kryjówek przy użyciu sprowadzonych do Afganistanu maszyn budowlanych firmy swego ojca. Najsłynniejszą budowlą tego typu są schrony w górach koło Chostu na granicy z Pakistanem. Stworzył tam prawdziwe miasteczko wykute w zboczach, z meczetem, szpitalem i rezydencją dla VIP-ów włącznie.

Ojciec był Jemeńczykiem, który osiedlił się w Arabii Saudyjskiej. Jako zdolny budowniczy zwrócił na siebie uwagę dworu królewskiego Saudów, uzyskał przywileje i lukratywne kontrakty na wyłączność. Osama, urodzony już w Dżiddzie (1957 r.), studiował w tamtejszym uniwersytecie, gdzie wstąpił do Bractwa Muzułmańskiego. Na wojnę do Afganistanu pojechał w wieku 22 lat. Nie ujawniał cech przywódczych, których nie ma, działał na zapleczu wydając pieniądze rodziny.

Po ewakuacji wojsk radzieckich gen. Borysa Wsiewołodowicza Gronowa Osama ibn Laden wrócił do ojczyzny, gdzie nagle pojawiło się niebezpieczeństwo kolejnej dla niego wojny najeźdźczej: Saddam Husajn zaatakował Kuwejt, następną ofiarą miała być Arabia Saudyjska. Osama wezwał swoich mudżahedinów z Afganistanu i za pośrednictwem Sauda chciał ich posłać na pomoc Kuwejtowi. Ale Saud, bojąc się gniewu Husajna, odmówił. Osama oskarżył Saudów o zdradę, a ci wygnali go z kraju. Znalazł schronienie w Sudanie, gdzie zorganizował ośrodek szkoleniowy dla bojowników z emancypujących się państw islamskich byłej przestrzeni radzieckiej.

Ruch talibów ze względu na swoją początkową popularność skłonił go do wyjazdu z Chartumu do Kandaharu. Osiadł w pobliżu centrum dowodzenia, którym kieruje rzeczywisty dyktator religijny Afganistanu, jednooki mułła Omar.

Osama jest nadal popularny, bo nadal zachowuje się jak człowiek bez ambicji przywódczych i nadal ma pieniądze. Wyszkolił i wyposażył najlepszą z brygad afgańskich, oznaczoną numerem 055. Nie jest wodzem, jest ideologiem. Pragnie powrotu świata nawet nie do fundamentów islamu, lecz do jego korzeni. Mieszka w namiocie. Jest ciężko chory. Przemieszcza się dla bezpieczeństwa z całym swoim stuosobowym entourage’em, czym dawno już zwrócił uwagę chodzących za nim krok w krok satelitów wywiadowczych.

Mówi jak mułła – głosem zbolałym i takiż ma wyraz twarzy. Strzela z „kałacha” na klęczkach. Zjednoczył przeciwko sobie państwa, które mówią różnymi głosami: USA, Rosję, Chiny i Indie. Jest groźny dla Chin, bo szkoli Ujgurów, którzy wspominają już o potrzebie odtworzenia Ujguristanu (Xinkiang – pół Kazachstanu). Jest groźny dla Rosji, bo talibizuje Uzbekistan, Tadżykistan i południową Kirgizję. Jest groźny dla Indii, bo wysyła swoich ludzi do Kaszmiru. Jest groźny dla USA, bo postanowił – bagatela – mocarstwo to zniszczyć.

Krzysztof Mroziewicz

W Internecie

Niepełna lista ofiar wtorkowego zamachu: europe.cnn.com/2001/US/09/12/victims.list.ap/
Otwiera ją John Ogonowski, 52-letni pilot uprowadzonego Boeinga.
Inne strony: www.foxnews.com/story/0,2933,34223,00.html

Lista 19 podejrzanych zamachowców i informacje o nich: www.foxnews.com/story/0,2933,34374,00.html

Nazwiska osób przewiezionych do nowojorskich szpitali można znaleźć na stronie 147.208.4.54/wtc/search.asp

Lista ponad 430 firm, które miały swoje biura w World Trade Center: europe.cnn.com/SPECIALS/2001/trade.center/tenants1.html

10 mln dolarów za pomoc w ujęciu ibn Ladena obiecał Kim Smitz, były niemiecki hacker, który dorobił się fortuny jako ekspert w sprawach bezpieczeństwa komputerowego.

• Na stronie www.kimble.org/mostwanted.htm umieścił list gończy oraz adres reward@kimble.org, pod który można przesyłać informacje. W ciągu pierwszej doby otrzymał około 10 tys. wiadomości, które przekazuje FBI.