POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 28 (3118) z dnia 2017-07-12; s. 10-11

Temat tygodnia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Ameryka kocha Polskę. I odwrotnie.

Przyjechał – wyjechał. My zostaliśmy. Pytanie: z czym?

Kilkunastogodzinna wizyta Donalda Trumpa w Polsce miała przede wszystkim charakter wizerunkowy; zresztą dla obu stron. I z tego punktu widzenia była udana: każdy jakoś tam swoje ugrał. Prezydent Trump, o którym słusznie się mówi, że do polityki ma podejście biznesowe, tuż przed trudnymi spotkaniami w Hamburgu na szczycie G20 zastosował swoją ulubioną technikę negocjacyjną, nazywaną przez niego leverage, czyli w wolnym tłumaczeniu, pompowanie.

Nietrudno się domyślać, że warunkiem jego nieoczekiwanego przyjazdu do Polski były widoki rozentuzjazmowanego tłumu, skandującego „Donald Trump!”, obrazek nie do uzyskania w żadnym kraju Zachodu. To był sygnał dla Angeli Merkel, że, sorry, jest jeszcze inna Europa, która mnie jednak ceni i popiera. Równocześnie, wzywając rozleniwionych Europejczyków do obrony cywilizacji zachodniej, prezydent USA po raz pierwszy tak wyraźnie dał do zrozumienia, że nie rezygnuje z tradycyjnej roli Ameryki jako przywódcy Wolnego Świata. To było czytelnie adresowane i do „Mercrona”, i do Putina. A już do Putina bezpośrednio zostały skierowane drobne przytyki o destabilizującej postawie Rosji w Syrii i na Ukrainie oraz tak wyczekiwana od miesięcy przez sojuszników USA dość miękka (ale jednak) deklaracja respektowania art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego, fundamentu kolektywnej obrony NATO.

Co powiedziawszy w Warszawie, prezydent Trump mógł już jechać do Hamburga na spotkanie z przywódcami największych krajów świata, nie jako nieprzewidywalny, niekompetentny i trochę kabaretowy parweniusz, ale nabierający wagi i rozmiaru „mąż stanu”. To jest właśnie leverage. Warszawa była tego warta.

Dla „Warszawy”, czyli rządzącej formacji, korzyści wizerunkowych też było wiele. Już sam fakt sprowadzenia nowego prezydenta USA do Polski jest niewątpliwym dyplomatycznym sukcesem, pierwszym wyjątkiem od reguły ministra Waszczykowskiego, który z polskiej polityki zagranicznej uczynił pasmo nieporozumień, gaf, błędów, pustosłowia. Należy więc domniemywać, że za tym sukcesem nie stał MSZ, ale głównie ośrodek prezydencki i szef gabinetu Andrzeja Dudy – Krzysztof Szczerski. Podsunięcie prezydentowi Trumpowi pomysłu rozpoczęcia w Warszawie swoistej gry wstępnej przed arcytrudnym dla niego spotkaniem z Putinem świadczy o pewnej zręczności. A dowartościowanie Andrzeja Dudy – wyprowadzenie go, choćby na jeden dzień, z obszaru niepowagi i medialnych kpin na środek sceny – to był już wielki dodatkowy bonus. Duda też miał przy Trumpie swój leverage. Podobnie PiS. Politycy tej partii nie ukrywali, że przyjazd Trumpa ma być dowodem, iż rząd PiS nie znajduje się bynajmniej w międzynarodowej izolacji, jak głosi opozycja; że w odpowiedzi na połajanki Berlina, Brukseli i Paryża pokażemy, że to właśnie nas łączą szczególne stosunki z Ameryką, że po brexicie to Polska w tej roli staje się w Unii nową Wielką Brytanią.

Ten godnościowy odwet na Unii wart był przełknięcia garści upokorzeń związanych z wizytą Trumpa. Choćby tego, że to ambasada USA była gospodarzem uroczystości na placu Krasińskich, a PiS został sprowadzony do roli organizatora klaki, że prezydent RP nie otrzymał tam prawa głosu; że nawet, jak zauważali dyplomaci, flaga polska ustępowała w precedencji amerykańskiej, że Trump musiał przed światem przywitać Lecha Wałęsę, a całkowicie zignorował istnienie Jarosława Kaczyńskiego.

Także politycznie PiS nie dostał, czego chciał: jeśli Trump miał wzmocnić – jak zapewne kalkulowano – pozycję rządu PiS przeciw Rosji, Brukseli i wewnętrznej opozycji, to ten plan powiódł się słabo. Żadnych gwarancji trwałej obecności żołnierzy amerykańskich w Polsce prezydent USA nie dał; przeciwnie – na dość żenującej w sumie konferencji prasowej z Andrzejem Dudą, gdzie obaj skarżyli się na niechęć mediów – powiedział wyraźnie, że o niczym takim nie było mowy. Nie było też – cytując komentarz Donalda Tuska – żadnych wycieczek pod adresem Unii Europejskiej, a nawet padło zdanie, że „silna Europa to błogosławieństwo dla Zachodu i całego świata”.

Nieprzyjemne dla PiS mogło być też napomknięcie Trumpa, iż fundamentem naszych wspólnych wartości jest państwo prawa, wolność słowa, wolność jednostki, a także ograniczenie roli państwa i jego biurokracji, ale – na ile znamy samopoczucie partii rządzącej – nie wzięła ona tego do siebie. Zresztą prezydent USA nie poszedł w ślady poprzednika i nie czynił aluzji na temat naruszania przez PiS standardów demokratycznych, bo i Trump nie jest w tej sprawie ortodoksem, a poziom wolności obywatelskich czy praworządności w Polsce obchodzi go tyle, co w Arabii Saudyjskiej. Jednak Donald Trump zachował w relacjach z gospodarzami wizyty nieoczekiwaną ostrożność: poza kurtuazyjnymi banałami nie powiedział niczego, co mogłoby być zinterpretowane jako poparcie dla rządów „dobrej zmiany”. W sumie handlowy sukces: w sensie realnej polityki, a nawet mających jakąś wagę ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]