POLITYKA

Piątek, 20 kwietnia 2018

Polityka - nr 5 (2690) z dnia 2009-01-31; s. 12-14

Temat tygodnia

Tomasz Zalewski

Ameryka mięknie wolno

W ciągu roku zamykamy Guantanamo – zarządził prezydent Barack Obama. Przełom? Raczej kosmetyka.

Guantanamo to nie tylko osławione więzienie dla podejrzanych o terroryzm, ulokowane w bazie amerykańskiej na Kubie. To także nazwa-symbol całego systemu ścigania i sądzenia terrorystów wprowadzonego przez prezydenta Busha i potępianego przez jego krytyków w Ameryce i na świecie. Obama obiecał go rozmontować – oprócz zamknięcia więzienia podpisał rozporządzenia o likwidacji tajnych więzień CIA poza granicami USA, zakazie wysyłania podejrzanych do innych krajów i brutalnych metod ich przesłuchań. Zawiesił też specjalne trybunały wojskowe, przed którymi rozpoczęły się już procesy terrorystów.

Decyzje te wyglądają na zasadniczy zwrot w polityce walki z terroryzmem, wymuszony przez krajowych obrońców praw człowieka i światową opinię publiczną. Lewica demokratów domagała się radykalnej czystki w służbach specjalnych i zablokowała nominację pierwszego kandydata Obamy na dyrektora CIA Johna Brennana, weterana agencji popierającego kontrowersyjne metody wojny z terroryzmem. Zapowiedź likwidacji Guantanamo ma natychmiast poprawić złowrogi wizerunek Ameryki i potwierdzić, że „zmiany” nie były tylko wyborczym sloganem – łatwiej to zrobić niż rozbroić Iran albo naprawić gospodarkę. Ale także i w tej dziedzinie zmiany w istocie nie będą przełomowe. Radykalna wolta zagroziłaby bezpieczeństwu Ameryki. Zamknięcie Guantanamo to w dużej mierze efektowna operacja PR.

Przyjrzyjmy się po kolei klockom rozmontowywanej przez nowego prezydenta budowli.

Więzienia

W celach Guantanamo przebywa jeszcze 245 więźniów. Na początku było ich ponad 700, schwytanych głównie w czasie operacji usuwania talibów z Afganistanu jesienią 2001 r. Ci, którzy pozostali, to sami cudzoziemcy, przetrzymywani bezterminowo. Ekipa Busha odmówiła im statusu jeńców wojennych, aby nie wiązać się konwencją genewską. Więźniowie długo przebywali w próżni prawnej, bez kontaktu z rodzinami i adwokatami, gdyż uznano także, że nie podlegają normalnemu amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Pięciu popełniło samobójstwo. Guantanamo to jednak nie Oświęcim ani Kołyma – dwóch zwolnionych kilka lat temu więźniów z krajów byłego ZSRR błagało, żeby ich pozostawić na wikcie Pentagonu, a nie odsyłać do ojczyzny. Po stworzeniu specjalnych komisji wojskowych (o których szerzej za chwilę) kilkudziesięciu przetrzymywanym przedstawiono formalne zarzuty.

Problem w tym, że nie wiadomo, co zrobić z pensjonariuszami Guantanamo. Z 520 zwolnionych 61 wróciło do działalności terrorystycznej. Jeden z nich, Said Ali al-Shihri, został niedawno wicehersztem Al-Kaidy w Jemenie. Nie są to grzeczni chłopcy przetrzymywani przez pomyłkę (choć pomyłki się zdarzały). Wśród przetrzymywanych do dziś znajdują się najgroźniejsi terroryści przewiezieni tam z tajnych więzień CIA, m.in. organizator ataku 11 września Chalid Szejk Muhamed, znany w slangu specsłużb jako KSM. Rozważa się umieszczenie ich w bazach wojskowych w USA, jak Fort Leavenworth w Kansas, albo w federalnych więzieniach o zaostrzonym reżimie. Lokalne społeczności nie chcą jednak mieć ich u siebie, gdyż boją się, że staną się celem ataków terrorystycznych.

Alternatywą jest odesłanie podejrzanych poza granice USA. Ale gdzie? Większość to obywatele krajów arabskich, z czego ponad jedna trzecia pochodzi z Jemenu. Waszyngton obawia się, że rządy tych państw przedwcześnie zwolnią niebezpiecznych więźniów albo będą ich torturować, co w krajach arabskich jest powszechną praktyką. Obama powiedział, że nie można ich wysyłać do krajów zagrażających bezpieczeństwu USA. Ekipa nowego prezydenta liczy, że kraje europejskie, które tak potępiały Guantanamo i tak bardzo popierają Obamę, pomogą mu teraz i przyjmą kłopotliwych więźniów. Wstępną zgodę wyraziły tylko Portugalia i Szwajcaria. Austria powiedziała: nie; inne państwa, jak Francja i Czechy, rozważają prośbę Waszyngtonu. Negocjuje w tej sprawie nowa sekretarz stanu Hillary Clinton.

Trybunały

Specjalne komisje wojskowe, czyli trybunały do sądzenia oskarżonych o terroryzm, stworzono w odpowiedzi na sytuację wynikającą z luki prawnej, w jakiej znaleźli się więźniowie Guantanamo, kiedy odmówiono im statusu jeńców wojennych i dostępu do normalnego wymiaru sprawiedliwości. Obowiązują w nich obniżone standardy udowodnienia winy, orzeczenia wojskowej ławy przysięgłych nie muszą być jednomyślne, a dostęp obrony do materiałów dowodowych jest ograniczony. Nawet niektórzy wojskowi uczestniczący w rozpoczętych już procesach przez trybunałami wyrażali zastrzeżenia co do konstytucyjności ich procedur. Zdaniem liberalnych prawników amerykańskich, jak Jonathan Turley, nawet najgroźniejszych terrorystów można sądzić przed normalnymi sądami. Były już precedensy – procesy „ślepego szejka” Omara Abdela-Rahmana z Nowego Jorku, organizatora pierwszego ataku na WTC, i Zacariasa Moussaoui, „dwudziestego”, niedoszłego członka grupy 19 terrorystów-porywaczy samolotów z 11 września. Obu skazano na dożywocie. Od 2001 r. sądy uznały za winnych terroryzmu 145 oskarżonych, podczas gdy rozprawy przed ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]