POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 46 (2478) z dnia 2004-11-13; s. 24-26

Temat tygodnia / Bush bis

Marek OstrowskiTomasz Zalewski  [wsp.]

Ameryka psuje się od brzegów

Zwycięstwo George'a Busha było czyste: trzy i pół miliona głosów więcej. Ale badania dowodzą, że prezydent zawdzięcza je nie tyle „wojnie z terroryzmem”, ile mobilizacji tradycjonalistów religijnych, zaniepokojonych zgnilizną moralną Ameryki.

Wynik wyborów nie powinien zaskakiwać. Po tragedii 11 września wiadomo było, że wygra ten, w kim większość głosujących zobaczy twardszego, bardziej zdecydowanego, a nawet bardziej mściwego wodza zagrożonej i upokorzonej Ameryki. Na „wojnie z terroryzmem” ważne były argumenty emocjonalne, a nie mędrkowanie. Dowód: przebrzmiały bez echa dwa świetnie zbudowane argumenty Kerry'ego (w drugiej debacie telewizyjnej). Dlaczego Bush ojciec, przecież nie głupszy od syna, nie poszedł na Bagdad, choć łatwo pokonał Saddama w wojnie nad Zatoką w 1991 r.? Bo wiedział, że opanowanie kraju i zbudowanie tam nowej władzy wymaga większej armii, liczniejszych sojuszników, dłuższych przygotowań i większych pieniędzy!

Drugi argument Kerry'ego: że wojna w Iraku to wojna nie z tym, z kim trzeba, że po 11 września Bush took his eye off the ball, czyli stracił z oczu główny cel – Osamę ibn Ladena, poszedł na Bagdad, zamiast skupić siły na osaczeniu głównego winowajcy i śmiertelnego wroga Ameryki. A przecież nie taka ...

Rozmawiamy z prof. Zbigniewem Brzezińskim z amerykańskiego ośrodka badań strategicznych CSIS:

W polityce zagranicznej przegrany John Kerry był jakby kandydatem Europy, krytykował Busha za to samo co Europa. Czy przegrana takiej platformy pana nie niepokoi?

Niepokoi mnie bardzo. To jednostronne zwycięstwo Busha nie tylko w Białym Domu, ale też w wyborach kongresowych i nie zamyka podziału wewnętrznego, jaki zaistniał w Stanach Zjednoczonych. Mamy więc do czynienia nie tylko z konfliktem amerykańsko-europejskim, ale również z coraz głębszym podziałem w samym społeczeństwie amerykańskim, a to stwarza niebezpieczeństwa dla przyszłości.

Mówi pan aż o konflikcie z Europą?

W tym znaczeniu, że widzę zasadniczą rozbieżność w ocenach światowych problemów strategicznych, z którymi się borykamy, oraz w koncepcjach ich rozwiązania. Dziś koncepcje europejskie i amerykańskie w wielu dziedzinach są sobie przeciwstawne.

Czy klucz do sukcesu w Iraku to uprzednie rozwiązanie konfliktu palestyńsko-izraelskiego?

Nie. Uważam, że ten regionto splot przynajmniej trzech bardzo skomplikowanych problemów: konfliktu izraelsko-palestyńskiego, sytuacji w Iraku i kwestii stosunków Iranu z Zachodem. Trudno będzie o przełomowy postęp w jakiejkolwiek z tych trzech spraw bez postępu we wszystkich naraz. Trzeba się nimi jednocześnie i z wielką energią zajmować.I to zajmować wspólnie z Europą. Bo mimo swej wielkiej przewagi polityczno-militarnej – Ameryka nie jest wszechmocna i wątpię, by mogła samodzielnie ten rejon uspokoić. Przeciwnie: samodzielne działania Ameryki raczej zaogniają różnego rodzaju bardzo skomplikowane niebezpieczeństwa w tym rejonie świata.

Czy dziś, po wyborach, większość Amerykanów mówi: Jak nas nie lubią, to sami sobie damy radę?

Widzę w tym paradoks. Większość Amerykanów głosowała za Bushem. To absolutnie nie podlega dyskusji. Ale jednocześnie sondaże bardzo dobitnie dowodzą, że politykę wielostronną, jak to się teraz mówi – multilateralną, popiera ogromna większość Amerykanów. Wyciągam z tego oczywisty wniosek, że głosując na Busha, Amerykanie nie brali pod uwagę jego polityki międzynarodowej jako elementu decydującego o wyborze. Natomiast obawiam się, że w obecnym Kongresie, jaki się wyłonił z wyborów, będą przeważać bardzo skrajne głosy prawicowo-nacjonalistyczne, popierające – i to z dużą dozą emocji – jednostronną (unilateralną) politykę Waszyngtonu.