POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 39 (3129) z dnia 2017-09-27; s. 10

Ludzie i wydarzenia / Świat

Adam Krzemiński

Angela IV

To już nie będzie ta sama Angela Merkel. Dla Niemiec, Europy i także dla nas.

Chadecja CDU/CSU uzyskała 33 proc. głosów (najgorszy wynik od 1949 r.), tracąc około miliona wyborców po niebotycznym sukcesie w 2013 r. Dla koalicyjnej socjaldemokracji 20,5 proc. to także najgorszy wynik w historii republiki. Tymczasem wejście na trzecim miejscu do Bundestagu populistów z Alternatywy dla Niemiec AfD (z 12,6 proc.) otwiera w historii Republiki Federalnej całkiem nowy rozdział. Po raz pierwszy od lat 50. w Bundestagu znajdzie się partia „antysystemowa”, której prominentni przedstawiciele wzywają Niemców do powstania z kolan, odrzucenia „kultu winy”, postulują strzelanie na granicach do uchodźców, pozbycie się migrantów z podwójną tożsamością kulturową i przywrócenie dumy narodowej poprzez uznanie militarnych sukcesów Wehrmachtu. AfD jest jeszcze dość bezkształtną zbieraniną, a nie partią wodzowską. Współprzewodnicząca Frauke Petry już zapowiedziała, że założy własną frakcję. 94 posłów AfD nie będzie więc powtarzać odgórnie nakazanego przekazu dnia. Niemniej już zapowiedziano „odrzucenie poprawności politycznej”, prowokacyjne „łamanie tabu”, a w praktyce pewnie także norm zwykłego dobrego wychowania.

Poza AfD i powracającymi do Bundestagu liberałami z FDP nie ma w tych wyborach promiennych zwycięzców, choć w telewizyjnej „debacie słoni” – rzeczników partii, które weszły do parlamentu – wszyscy nadrabiali miną. Angela Merkel, bo jednak wygrała. Martin Schulz, bo ogłaszając przejście do opozycji, mógł nabrać wigoru, którego zabrakło mu w kampanii. Partia Lewicy, bo coś tam jej przybyło. A Zieloni i liberałowie – bo arytmetycznie są skazani na współrządzenie z Angelą Merkel.

Koalicja CDU/CSU-FDP-Zieloni – zwana jamajską od czarno-żółto-zielonej flagi karaibskiej wyspy – jest po zerwaniu przez SPD dotychczasowej wielkiej koalicji jedyną możliwą większością. Ale byłaby to koalicja bardzo egzotyczna.

1. W osłabionej chadecji już się zaczyna rumor. Straty na rzecz AfD poniosła nie tylko CDU, ale i bawarska CSU. 38,5 proc. w Bawarii to także najgorszy od 1949 r. wynik. I to na rok przed wyborami do monachijskiego Landtagu. Rozwiała się więc doktryna legendarnego szefa CSU Franza Josefa Straussa, że w Republice na prawo od CSU może być tylko ściana. Toteż obecny szef partii Horst Seehofer już zapowiedział zwrot na prawo, aby „z wyraźnym profilem” zamknąć prawe skrzydło.

2. Taki manewr CSU trudno będzie pogodzić z postawą Zielonych tradycyjnie nastawionych na integrację uchodźców. Zresztą Zielonym także nie bardzo jest po drodze z liberałami z FDP. Bo Christian Lindner z FDP (podobnie jak CSU Seehofera) chciałby złagodzić stosunki z Rosją w interesie niemieckich firm. „Jamajki” próbowano już na poziomie komunalnym i landów – w Hesji, w Zagłębiu Saary i Szlezwiku-Holsztynie, ale nie były zbyt stabilne. A w Bundestagu zakrawać może na kwadraturę koła.

3. FDP jest poniekąd partią nową, stworzoną prawie z niczego przez Christiana Lindnera. Po czteroletniej absencji w Bundestagu partia potrzebuje czasu, by najpierw okrzepnąć. Najlepiej w opozycji. Wprawdzie FDP odniosła sukces, wracając, ale wciąż ciąży na niej trauma rozsypki po pierwszej koalicji z Angelą Merkel w latach 2009–13. Teraz trzeba wiele taktu, talentu, samozaparcia i zdolności do kompromisu, by manewrować między zdecydowanie prawicową CSU, ekologicznymi Zielonymi i osłabioną Angelą Merkel.

4. Wiadomo, że bój to jest Merkel ostatni… Tuż po ogłoszeniu wstępnych wyników jednemu z niemieckich komentatorów wypsnęło się wręcz, że właśnie zaczęła się walka o schedę po Angeli. Nawet jeśli przetrzyma całą kadencję, bo nie wydaje się dziś, by którakolwiek partia była zainteresowana przedwczesnymi wyborami, to płyty tektoniczne niemieckiej polityki będą się nadal przesuwać, powodując kolejne wstrząsy wywołane kwestiami i socjalnymi, i pokoleniowymi. Do głosu dochodzą wyborcy, dla których nie tylko wojna, ale i podział Niemiec oraz ich zjednoczenie po 1989 r. to prehistoria.

5. Jest jeszcze kolejny aspekt tej powyborczej konstelacji – Partia Lewicy. Procentowo minimalnie zyskała, ale utraciła nimb jedynej partii protestu w Bundestagu, mogącej ponoć odwołać się do stuletniej tradycji socjaldemokratycznych dysydentów, którzy w 1914 r. nie poparli w Reichstagu kredytów wojennych. Dziś jednak Partia Lewicy ze swymi 9,2 proc. w Bundestagu jest niestety tylko torbielą mniej lub bardziej zasadnych roszczeń socjalnych przy chłodnym stosunku do UE i niechętnym do NATO. Historycznie i kulturowo Lewica jest przeciwieństwem AfD, jednak mentalnie i strategicznie ma z nią pewne punkty styczne – choćby wyrozumiały stosunek do Rosji Putina.

Pozostaje w końcu pytanie, co ten otwierający się okres przejściowy w Niemczech może oznaczać dla Europy, sojuszu atlantyckiego, roli Niemiec w polityce światowej, a w końcu i dla nas między Odrą a Bugiem?

A. Angela Merkel być ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]