POLITYKA

Piątek, 17 listopada 2017

Polityka - nr 34 (3124) z dnia 2017-08-23; s. 48-49

Świat

Adam Leszczyński

Apokalipsa odwołana

AIDS zniknęło z pierwszych stron gazet. Afryka potrafiła się zmobilizować jak nigdy dotąd.

Daniela widziałem tylko przez chwilę 15 lat temu, ale pamiętam go do dzisiaj.

W 2002 r. w Nairobi chorym na AIDS pomagała rodzina albo nieliczne, bardzo niewielkie organizacje pozarządowe. Razem z fotografem Krzysztofem Miękusem chodziliśmy wtedy z szefową jednej z tych organizacji po domach chorych w ostatnim stadium choroby. Nie mieliśmy wiele do roboty. Nosiliśmy jedzenie, głównie ryż, bo choroba szybko zjadała skromne zasoby biedaków i na tym etapie byli już od dawna bez grosza.

W slumsie Dondora weszliśmy do domu Daniela.

Całe mieszkanie było jednym małym pokoikiem w długim, zbudowanym z drewna i błota baraku. Nie było okna, wnętrze oświetlała jedna niewielka lampka naftowa. Typowy wystrój domu w slumsie: łóżko zasłonięte kotarą, stół i krzesła. Na ścianie kalendarz wycięty z młodzieżowego pisemka i plakat z argentyńskim piłkarzem. Pod ścianą stały kubły, pędzle i farby – pamiątka po bracie, malarzu szyldów, który zmarł na AIDS rok wcześniej.

Właśnie umierał Daniel. Chorował od kilku miesięcy, od wielu tygodni nie wychodził.

Usiedliśmy przy stole. Przez kilka minut za kotarą nikt się nie ruszał. – Jak się czujesz, Daniel? – powiedziała głośno Caroline Sande, nasza przewodniczka. – Masz gości.

Kotara odsunęła się powoli. Twarzy mężczyzny prawie nie było widać w migoczącym świetle. – Dzień dobry – powiedział z wysiłkiem Daniel po angielsku. – Bardzo was przepraszam, że mój dom tak żałośnie wygląda, ale nie wiedziałem, że przyjdziecie i nie zdążyłem posprzątać.

– Mieszkasz sam? – zapytałem.

– Tak. Moja żona zabrała dzieci i odeszła kilka miesięcy temu, kiedy zacząłem chorować.

– Jak się czujesz dzisiaj?

– Kiepsko. Woda mi się zbiera w brzuchu i czuję się tak, jakbym miał za chwilę wybuchnąć. Ale leżę tutaj przez cały dzień i modlę się do Boga. Wierzę, że on mnie wyleczy.

– Przynieśliśmy dla ciebie jedzenie. Cieszysz się? – Caroline sprawnym ruchem wysypała ryż do pojemnika po farbach. Wstaliśmy. – Wracaj szybko do zdrowia – powiedział Krzysztof głucho. Gdy wychodzimy chory nagle podniósł się na łóżku i powiedział nadspodziewanie silnym głosem. – Będę zdrowy! Nigdy nie umrę! Będę żył wiecznie!

– Daniel jest już bardzo słaby – powiedziała szeptem Caroline, kiedy byliśmy za drzwiami. – Od ośmiu miesięcy nie płaci za czynsz, ale właściciel, niezwykle dobry człowiek, zgodził się go nie wyrzucać. Wie, że Daniel za parę dni umrze i mieszkanie będzie wolne.

W 2002 r. zwolniłem się z pracy w „Gazecie Wyborczej”, żeby pojechać do Afryki i napisać reportaż o epidemii AIDS (ukazał się pod tytułem „Naznaczeni. Afryka i AIDS” w 2003 r.). Zbieraliśmy materiały do niej w kilkunastu krajach. Interesowała nas społeczna strona choroby, która wtedy znajdowała się na pierwszych stronach gazet na całym świecie. Jak funkcjonuje społeczeństwo, w którym co trzeci dorosły żyje ze śmiercionośnym wirusem? Jak ludzie planują swoje życie? Jak zawierają związki? Jak próbują się bronić przed epidemią, która panuje wokół nich?

Nie było wtedy jeszcze w Afryce lekarstw. Chorzy chodzili do chińskich zielarzy, tradycyjnych szamanów i księży. Spotkaliśmy w Nairobi biskupa – kaznodzieję w jednym z afrochrześcijańskich kościołów – który twierdził, zupełnie serio, że rozmawia z Jezusem i że na jego życzenie Jezus przysyła z nieba ludziom nowe organy, takie części zamienne, których komplet (jak twierdził biskup) każdy ma w niebie. Wtedy uważałem to za surrealistyczny pomysł.

Dziś myślę, że w porównaniu z magią, do której uciekają się często nieuleczalnie chorzy w Polsce, żaden z tych sposobów nie wygląda na szczególnie nieracjonalny. My i Afrykanie zachowujemy się dokładnie tak samo. Perspektywa śmierci natychmiast zdziera z ludzi cieniutką politurę naukowej racjonalności. Być może sam na ich miejscu poszedłbym do szamana.

AIDS zniknęło z pierwszych stron gazet. Co się tam dzieje dzisiaj? Co się zmieniło? Wygraliśmy z epidemią czy przegraliśmy? Gazety, w tym gazety zachodnie, już o AIDS nie piszą. W pierwszym półroczu 2002 r. „The New York Times” opublikował 528 tekstów, w których wystąpiło słowo AIDS; w 2017 – zaledwie 294. Ton tych artykułów się zmienił. W 2002 r. wróżono wielką katastrofę – w Afryce mieli zostać sami starcy i dzieci, wątłe gospodarki tych krajów miały przestać się rozwijać – a dziennik podnosił alarm, że rok wcześniej z HIV urodziło się 800 tys. dzieci. Tymczasem w 2017 r. dziennik pisał np. o&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]