POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 34 (3124) z dnia 2017-08-23; s. 86

Felietony / Passent

Daniel Passent

Araby zeszły na psy

Ubiegły tydzień minął pod znakiem polskich arabów i Żydów, więc nic dziwnego, że nawiązuję do pamiętnego artykułu profesora Witolda Jedlickiego „Chamy i Żydy”, w paryskiej „Kulturze” (1962 r.). W latach 60. Gomułka stał po stronie Arabów, ze Związkiem Radzieckim na czele. Natomiast Państwo Izrael uważano za przyczółek imperializmu amerykańskiego oraz zachodnioniemieckiego na Bliskim Wschodzie. Miał to być antypolski sojusz żydowskich syjonistów i bońskich odwetowców. Wymyślono złowrogą „oś Tel Awiw–Bonn”. To wtedy Antoni Słonimski powiedział, że rozumie, iż każdy człowiek powinien mieć jedną ojczyznę, ale dlaczego ma to być Egipt? To wtedy tysiące ludzi wyrzucono z Polski, a Gomułka mówił o V kolumnie.

Teraz Polska pielęgnuje dobre stosunki z Państwem Izrael, ale Niemcy znów są źli. Zły jest „miliarder żydowskiego pochodzenia” Soros. I zła jest Róża Marta Barbara Gräfin von Thun und Hohenstein. Z jaką lubością pseudopatrioci wymawiają niemieckie i żydowskie nazwiska. Polityka bez wroga nie może żyć. Wróg jest potrzebny do szczęścia, wróg hartuje, wróg cementuje, wróg scala wokół partii i rządu. Dobrze, że nie słyszy tego hrabina Marion Dönhoff, która ma ogromne zasługi dla poprawy stosunków niemiecko-polskich. Mamy piękne lato, radzę pojechać do Mikołajek, zobaczyć polską szkołę pod jej patronatem, poczytać jej książki i dowiedzieć się, ile niemiecka hrabina może zrobić dla Polski. To tyle na ten temat.

Dokładnie pół wieku po słynnej wojnie sześciodniowej (1967 r.) araby sprawiły nam kolejny zawód. „Klęska polskiego araba” – głosi wielki, na pięć szpalt, tytuł na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej”. „Katastrofa”, „porażka”, „upadek renomy” – tak znawcy i hodowcy koni podsumowali 48. aukcję arabów Pride of Poland (Duma Polski) w Janowie Podlaskim – pisze Izabela Kacprzak. Miało to być Święto Konia Arabskiego, tymczasem sprzedano zaledwie 6 spośród 25 koni, po rekordowo niskich cenach, wiele z nich nie osiągnęło ceny minimalnej. I wróciło do stajni. Chude to było święto. „Cios jest tym dotkliwszy, że stadnina w Janowie obchodzi w tym roku 200-lecie”.

Renomie Pride of Poland zaszkodził też międzynarodowy skandal, jakim było odwołanie w lutym ubiegłego roku (za „brak nadzoru”) dyrektorów: Marka Treli, uważanego w środowisku za twórcę prestiżowej marki konia arabskiego, o ogromnych wpływach wśród klientów arabskich, i Jerzego Białoboka. Nie pomogła także afera podczas ubiegłorocznej aukcji – czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Rzadko kiedy „dobra zmiana” przybiera tak zły obrót, choć nie brakuje znacznie ważniejszych przykładów. Żadna to satysfakcja dla tych, którzy alarmowali z powodu rządowego desantu na stajnie. Niby nic wielkiego, ostatecznie koń ma cztery nogi i też się potknie. Przejęto ważniejsze placówki od stajni. Ta klęska jest jednak symboliczna i wymierna w kasie. Nie można powiedzieć, że czarne jest białe i aukcja przebiegła galopem. Trudno byłoby także udowodnić winę Tuska, twierdząc, że zostawił stadninę w fatalnym stanie.

Osoby odpowiedzialne tłumaczą, że rynek koni arabskich „siadł”, a winę ponosi negatywny PR wytworzony wokół stadniny, czyli – jak się domyślamy – media głównego nurtu. Prezes stadniny w Janowie prof. Sławomir Pietrzak traktuje zarzuty jako „utyskiwania ludzi, którzy chcą pokazać, że bez nich wszystko schodzi na psy”. Araby zeszły na psy? Poruszyło to nawet premier Szydło, która – jak zwykle, w trybie natychmiastowym – wezwała na padok ministra Jurgiela, gdzie będzie ujeżdżany.

Klęska arabów to jednak drobiazg w porównaniu z klęską administracji państwowej podczas niedawnego kataklizmu na Pomorzu. Przed wyborami 2015 r. wiele mówiono o zapaści państwa polskiego, przyznawał to prywatnie nawet minister Sienkiewicz. Po dwóch latach końskiej kuracji (tysiące ludzi zwolnionych i zastąpionych przez swoich), państwo jest podobno silne, zwarte i gotowe. Niestety, na Pomorzu nawiedziła nas nawałnica. Lasy zniszczone na obszarze 45 tys. ha. Zdaniem ministra Szyszki – największe nieszczęście w historii naszych lasów. Na domiar złego, wichura zdarzyła się w weekend. A wojsko? A stan klęski żywiołowej? „Do zbierania gałęzi, do zamiatania liści, nie będziemy wzywać wojska” – powiedział wojewoda Dariusz Drelich (PiS), zanim po weekendzie zmienił zdanie. Ofiary śmiertelne, ranni, tysiące odbiorców pozbawionych elektryczności nawet (jak się okazało) przez tydzień, strażacy i energetycy tyrają całodobowo, a jaśnie pan mówi o zbieraniu liści. Domyślam się, że wojewoda, który jest przedstawicielem rządu, był w ścisłym kontakcie z Kancelarią Premiera i z samą panią premier, która przybyła na miejsce, ale wtedy zbliżała się defilada, a nie uprzątanie gałęzi. Dopiero po defiladzie katastrofa wysunęła się na plan pierwszy. Ciekawe, jakie będą skutki. Czy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]