POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 50 (2633) z dnia 2007-12-15; s. 65-67

Kultura

Piotr SarzyńskiAneta Kyzioł

Artysta multimedialny

Sto lat po śmierci Stanisław Wyspiański stoi na cokole. Ale czy to, co chciał powiedzieć, jest dziś istotne?

Nie miał takich wątpliwości w 2006 r. ówczesny minister kultury i dziedzictwa narodowego Michał Ujazdowski, gdy ogłaszał decyzję Sejmu o ustanowieniu 2007 Rokiem Wyspiańskiego. Mówił wtedy: „Dzieła Wyspiańskiego pozostają wciąż aktualne, tak jak i pytania, które stawiał – o to, jaki będzie polski czyn i o odpowiedzialność elit”. Nie mieli ich także słuchający ministra ludzie kultury, zwłaszcza że przy okazji ogłoszony został program operacyjny „Wyspiański”, z budżetem szacowanym na ponad 5 mln zł. Machina obchodowa ruszyła. Dziś, gdy Rok Wyspiańskiego dobiega końca, można przyjrzeć się jego efektom.

Niesceniczne, archaiczne

Odbyły się nieodzowne w takich okolicznościach akademie, sesje naukowe, 24-godzinne czytania „Wesela”, kilka teatrów przypomniało sobie o swoich związkach z Wyspiańskim i z tej okazji uroczyście, z pietyzmem odtwarzając kolorowe spódnice i serdaki, wystawiło „Wesele” (dużo pracy miała przy tej okazji wnuczka autora, która wszystkie te imprezy uświetniała swoją osobą, a teraz spisuje wspomnienia).

Najwięcej uroczystości odbyło się oczywiście w centrum życia i twórczości Wyspiańskiego – Krakowie i okolicach. W kościele oo. Paulinów na Skałce odbyła się uroczysta msza, a w Teatrze im. Słowackiego – galowy spektakl „Zaduszki – Wyspiański”. W uwiecznionych w „Weselu” Bronowicach uroczyście osadzono chochoła, a w buntowniczo nastawionej wobec Krakowa Nowej Hucie zorganizowano festiwal „Wyspiański Underground”, podczas którego śpiewano na przykład teksty wiersza do rockowej i hiphopowej muzyki. Ale i Warszawa nie chciała zostać w tyle. W rocznicę wybuchu powstania opisanego w „Nocy listopadowej” ponowiono próbę opanowania Łazienek i Belwederu. Tym razem poszło lepiej, zwłaszcza że jedną z akcji kierował mający za sobą wsparcie Instytutu Teatralnego reżyser Michał Zadara. Wszystko to jednak działania okolicznościowe i jednorazowe. Tymczasem repertuarowy teatr ma, nie od dziś zresztą, z Wyspiańskim problem.

Krytycy pojawili się jeszcze za życia artysty, a zarzuty były mocne: dramaty niesceniczne, napisane archaicznym (już wtedy) językiem, przeładowane metaforami, niezrozumiałymi porównaniami, z piętrowymi odniesieniami do kultury antyku. Niby patriotyczne, ale przecież bardzo wobec własnego narodu ironiczne, z trudnymi do przełknięcia frazami w stylu: „przefilozofowanie Polski” i „robienie Polski na każdym kroku i codziennie, manifestowanie polskości”. Dziś, w wolnej Polsce ta jego krytyka naszych wad narodowych znalazłaby wśród ludzi teatru dość powszechny poklask, za to jeszcze większą barierę stanowi język Wyspiańskiego, historyczny kostium i styl, który miał w założeniu autora oddzielać grubą kreską dzieło sztuki od codzienności. Wszystko to jest akurat dokładnym przeciwieństwem zasad rządzących dzisiejszym teatrem: wiecznego teraz, dosłowności i bezpośredniości, mających ułatwiać kontakt twórca–widz.

W efekcie z osiemnastu dzieł scenicznych, jakie wyszły spod pióra Wyspiańskiego do dziś grywa się góra pięć. Przede wszystkim „Wesele”, bo to i zawsze aktualny katalog wad narodowych, i okazja do stworzenia dobrych ról, i szansa pochwalenia się zespołem aktorskim, a przy tym lektura szkolna. Znacznie rzadziej wystawiane są trudniejsze „Wyzwolenie”, „Klątwa”, „Sędziowie”, a incydentalnie, „Powrót Odysa”. Zaś „Noc listopadowa” po krakowskiej prapremierze w 1908 r. (reż. Ludwik Solski) wystawiana była jeszcze tylko cztery razy.

Cztery „Wesela”, dwie „Klątwy”

Zorganizowany z okazji Roku Wyspiańskiego konkurs na inscenizację jego utworów miał według dyrektora artystycznego tego przedsięwzięcia prof. Jacka Popiela „odczarować Wyspiańskiego, uwolnić go od banalnych, schematycznych formuł interpretacyjnych”. Uwolnił? Do drugiego etapu dopuszczone zostało sześć spektakli: cztery „Wesela” i dwie „Klątwy”.

Nagrody zebrały dwie bardzo współczesne realizacje „Wesela”: Anny Augustynowicz z Teatru Współczesnego w Szczecinie i Michała Zadary z krakowskiej Sceny STU. Są pozbawionym sentymentów spojrzeniem na polskie społeczeństwo XXI w. Bohaterowie przedstawienia Augustynowicz to nie, jak u Wyspiańskiego, mali, ale godni raczej współczucia niż potępienia ludzie, tylko groteskowo przerysowani kabotyni, piętnowani głupcy i karykaturalni okrutnicy. Równie mało wyrozumiałości ma dla swoich bohaterów Zadara, który dzieło Wyspiańskiego przykroił do swojego pokolenia trzydziestolatków. Artyści i dziennikarze, niby na początku drogi, ale już wypaleni, przekonani, że się nie załapali, że wszystko co warte działania wydarzyło się, zanim mogli w tym wziąć udział i teraz nie pozostało im nic innego, jak tylko grać przed sobą i innymi komedię wielkości. Spotykają się w jednej z krakowskich knajp, żeby w łazience, między salą, w której dogorywa wesele, a toaletą, w której się ćpa, rzyga i uprawia seks, toczyć pijackie dyskusje o sensie i bezsensie, a na koniec lec pokotem. Kolejne polskie stracone pokolenie.

Poza konkursem pokazany został inny brutalny Polaków portret ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]