POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 16-17

Ogląd i pogląd

Radosław Sikorski

Awantury bez korzyści

Niemieccy nacjonaliści, zagrzewani do boju przez co bardziej zaślepionych ideologów w Polsce, powrócili do Bundestagu po raz pierwszy od drugiej wojny światowej. W odpowiedzi prezydent Macron zaproponował konsolidację europejskiego centrum. A co my na to?

Aby nie wypaść za burtę, w interesie Polski leży uczestnictwo w tych projektach od narodzin. Jednak polska polityka podróżuje po innej trajektorii, wyznaczanej przez późny sarmatyzm, resentyment i tradycyjne złudzenia. Bo czemu ma służyć polityka zagraniczna? Chyba nie polega na wykrzykiwaniu swego często słusznego poczucia krzywdy albo demonstrowaniu, że w ogóle istniejemy jako państwo. W polityce wchodzimy w porozumienia nie tylko z odwiecznymi przyjaciółmi, ale przede wszystkim rozmawiamy z rywalami, a nawet z obecnymi czy dawnymi wrogami. Celem polityki nie jest wszczynanie awantur, ale osiąganie korzyści, które wzmagają bezpieczeństwo i dobrobyt obywateli i podwyższają rangę kraju na arenie międzynarodowej. Jeśli jednak mielibyśmy zamiar realizować politykę przez konflikt, to trzeba wykazać, że będzie ona skuteczniejsza od polityki współpracy.

Mamy mnóstwo przykładów polityki poprzez konflikt: jakiś kraj robi coś, co budzi oburzenie społeczności międzynarodowej, ale uzyskuje konkretną przewagę. Albo wręcz wywołuje niesprawiedliwą wojnę – ale ją wygrywa. Na pewno nie jest polityką zagraniczną wdawanie się w awantury, które mają demonstrować własnej bazie politycznej tzw. podmiotowość, choć nikt jej nie kwestionuje. Przecież, gdy Donald Tusk negocjował wieloletni budżet europejski czy kiedy Lech Kaczyński negocjował traktat lizboński, to nikt nie kwestionował tego, że Polska samodzielnie określa swoje stanowisko, na dobre czy na złe. Nie warto więc wywoływać awantury o to, co mamy. Bo uprawianie publicystyki wobec partnerów zagranicznych to nie polityka zagraniczna, lecz wewnętrzna.

Do stosunków z Niemcami PiS znów wprowadza żądanie reparacji wojennych. Przypominam sobie dość błyskotliwe stwierdzenie Jarosława Kaczyńskiego sprzed dekady (w przedmiocie restytucji mienia u nas, w Polsce). Powiedział wtedy, że powszechna restytucja byłaby układem, w którym wnukowie biednych Polaków spłacaliby wnuków bogatych Polaków. Czyli w sprawach krajowych Kaczyński ma świadomość, że upływ czasu sprawia, iż pełnej sprawiedliwości nie sposób przywrócić. Nie wierzę też, aby uważał, że dostanie jakiekolwiek reparacje od Niemiec, tak jak musi widzieć, że odzyskanie wraku tupolewa nie zależy od stanowiska Polski. Oceniam raczej, że szykuje z góry usprawiedliwienie naszej izolacji w Europie, by móc twardemu elektoratowi wytłumaczyć, że Polska jest izolowana nie dlatego, że łamiemy własną konstytucję i prowadzimy absurdalną politykę zagraniczną, lecz dlatego, że honorowo domagamy się wyrównania naszych krzywd. A ponieważ jest w Polsce elektorat, który kieruje się resentymentem, a nie interesem, to może taką opowieść kupić, tak jak kupił tezę o zamachu smoleńskim. Uważam to za skrajną nieodpowiedzialność w czasach, gdy mamy w Niemczech najbardziej życzliwego Polsce przywódcę od tysiąca lat.

Przypominają mi moje przemówienie w Berlinie z 2011 r., kiedy wzywałem Niemcy do wzięcia większej odpowiedzialności w Europie. Wychodziłem wtedy z założenia, że uznanie faktów nie jest dla nikogo upokorzeniem. Niemcy nie są hegemonem w Europie. Byliby hegemonem, gdyby mieli 60 czy 80 proc. wpływów w Unii. A są jedynie największym akcjonariuszem: mają około 20 proc. wpływów, które wzrosną wskutek działalności nacjonalistów angielskich, bo po wyjściu Wielkiej Brytanii będą miały około 25 proc. udziału w unijnym PKB. A więc ze względu na swą wagę Niemcy mają w wielu sprawach praktyczne prawo weta, ale aby coś nowego w Europie zrobić, potrzebują koalicji. Pytam więc, co buduje nasze polskie wpływy: współprzywództwo z najpotężniejszymi krajami europejskimi (nawet z dyskomfortem, że jest się partnerem, owszem, słabszym) czy sarkanie po kątach i próba budowy jakiejś koalicji słabych?

Wiemy już, że nie ma chętnych do koalicji słabych pod polskim przywództwem, która będzie równoważyć jednocześnie wpływy Rosji, Niemiec i Brukseli. Bo nawet Węgry, które są z nami w sojuszu psujów i potencjalnych zamordystów, na taką wyprawę się nie zapisują; ochoczo zawierają porozumienia z Rosją i sprytniej od nas lawirują w Brukseli. Międzymorze czy Trójmorze – to użyteczne hasła w dziedzinie integracji infrastrukturalnej, ale poronione koncepcje geopolityczne. Nie są, niestety, niewinne, bo marnują kapitał polityczny, a i kapitał zwykły na te inwestycje pochodzi wszak głównie z Unii Europejskiej, której członkowie mogą kiedyś zdecydować, że nie chcą finansować zamysłów im wrażych. Z polskiej polityki zagranicznej trzeba usunąć element kompleksów, resentymentów i nadmiernej podejrzliwości.

Europa jest dziś w innym momencie niż przed kilku laty. Nie grozi nam załamanie euro i rozpad całej Unii. Dzisiejszy kłopot wiąże się z tym, że drugi co do wielkości płatnik netto – Wielka Brytania – z Unii wychodzi, a to oznacza konkretnie mniej pieniędzy do podziału, zwłaszcza na fundusze spójnościowe. Po ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Radosław Sikorski, były minister obrony, spraw zagranicznych i marszałek Sejmu, Senior Fellow na Uniwersytecie Harvarda.