POLITYKA

Piątek, 19 lipca 2019

Polityka - nr 46 (2680) z dnia 2008-11-15; s. 124-129

Na własne oczy

Michał Książek

Bal u szatana

Na Sołowkach czekiści nauczyli się, że średniej wielkości oddział w jedną noc da radę zastrzelić 300 ludzi, wygłodzona kobieta odda się za pół kilo chleba, a czterech ludzi wyrobi w ciągu dnia normę konia. To tu wyhodowano hydrę, która w całym imperium pochłonęła miliony ofiar. Dziś na Sołowkach płacze po nich mnich Warfanasij.

Gułag zaczynał się tam, gdzie dziś kończy Rosja, w Raboczeostrowsku nad Morzem Białym (Karelia). Stąd na parowcu „Gleb Bokij” i barce „Klara Zetkin” wysyłano etapy zeków (skazanych na łagry, od rosyjskiego wyrazu zakluczonnyj) na Wyspy Sołowieckie, do pierwszego obozu koncentracyjnego na świecie SŁON (Sołowieckije Łagieria Osobogo Naznaczienija), Obozów Specjalnego Przeznaczenia. Ilu więźniów po drodze utopiono w morzu – nie wie nikt. Ile zgwałcono kobiet – nikt nie pamięta. A było to dopiero preludium do diabelskiego korowodu, do którego czekiści zapędzili na Sołowkach „społecznie chorych”. Według najostrożniejszych szacunków zginęło w nim ok. 25 tys. ludzi.

Krzywda, krzywda, tyle krzywdy – mamroce drepcący po morskim nabrzeżu w Raboczeostrowsku prawosławny mnich. Obchodzi miejsca po dawnym łagrze przesyłkowym, stąpa po zgniłych pomostach, gdzie niegdyś przybijała „Klara Zetkin”. I nie wiedzieć, czy po niewinnych zekach płacze, czy po pisklętach rybitwy, co to je właśnie dwie wielkie mewy unoszą nad głowami wsiadających na kuter pielgrzymó...