POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 43 (2728) z dnia 2009-10-24; s. 58-60

Historia

Piotr Osęka

Balcerowicz musiał przyjść

„Mało która transmisja radiowa i telewizyjna była oczekiwana i słuchana z taką powagą” – pisała „Gazeta Wyborcza”. „Bez przesady można powiedzieć, że na ten moment czekała cała Polska” – wtórowała „Rzeczpospolita”. 6 października 1989 r. Leszek Balcerowicz przedstawił zarys nowego programu gospodarczego.

Dziesiątki dziennikarzy zgromadzonych w sali Pałacu Namiestnikowskiego i miliony Polaków przed telewizorami przysłuchiwały się wystąpieniu wicepremiera. Szef finansów obiecywał przede wszystkim krew, pot i łzy. Mówił: „Już sama likwidacja deficytu budżetowego i galopującej inflacji jest dla każdego rządu trudnym zadaniem. Nasz ma jednocześnie uratować majątek narodowy przed rozpadem i zmienić niemal wszystko, w dodatku ucząc się w tym czasie rządzenia. Nie jest to sytuacja do pozazdroszczenia. Przed zadaniami tymi staje jednak nie sam rząd, ale my wszyscy. Nam też nie ma czego zazdrościć”.

Koncepcja wicepremiera i ministra finansów opierała się na dwóch generalnych założeniach: jak najszybciej powstrzymać wzrost cen i przebudować strukturę własnościową w gospodarce. Ceną za uzdrowienie gospodarki państwa miały być spadek produkcji, masowe upadłości państwowych przedsiębiorstw, wreszcie pojawienie się bezrobocia, zjawiska oficjalnie nieznanego w realnym socjalizmie. W dodatku odczuwalnej poprawy w gospodarce należało się spodziewać nie wcześniej niż za rok.

„Wierzymy, że społeczeństwo rozumie, że mamy historyczną szansę zmian nie tylko politycznych, ale także ekonomicznych – powiedział wicepremier. – Wierzę w dojrzałość społeczeństwa”. I dodał: „Istnieje naturalna tendencja do porównywania tego, co będzie, z tym, co jest. Należy jednak także porównywać to, co będzie, z tym, co by było, gdyby nadal królowała u nas gospodarka nakazowa, rozdzielcza, scentralizowana. Niewątpliwie sytuacja byłaby wtedy jeszcze gorsza”.

Tymczasem sytuacja była wystarczająco dramatyczna już w momencie startu reform. W Polsce szalała hiperinflacja. „Gazeta Wyborcza” podrożała od maja do grudnia czterokrotnie (z 50 do 200 zł), co i tak było podwyżką niezwykle umiarkowaną, zważywszy, że w tym samym okresie cena papieru wzrosła prawie dziesięciokrotnie. Inflacja roczna w grudniu 1989 r. zbliżyła się do 750 proc., a Narodowy Bank Polski wprowadził do obiegu banknoty 50- i 200-tys. Polacy gwałtownie ubożeli. „W końcu roku w rękach ludności znajdowały się zasoby pieniężne o trzykrotnie niższej sile nabywczej niż na początku roku” – donosiła prasa.

Dla socjalistycznej gospodarki gwoździem do trumny okazała się sierpniowa decyzja rządu Mieczysława Rakowskiego o uwolnieniu cen żywności. W warunkach państwowego monopolu krok ten okazał się początkiem katastrofy. W ciągu jednej nocy owoce, jajka, mięso podrożały kilkakrotnie. Chłopi woleli magazynować zboże, niż zamieniać je na banknoty, które z tygodnia na tydzień traciły na wartości. Pod koniec wakacji w większych miastach zaczęły się ustawiać kolejki po chleb. „Brak cukru, papierosów, zapałek, mydła, alkoholu. Urynkowienie żywności wyśrubowało ceny i zniosło gwarancje kartkowe, a zaopatrzenie po dawnemu fatalne i bez perspektyw” – odnotowano w raportach Sekretariatu KC PZPR.

Pierwsze święta Bożego Narodzenia po odzyskaniu niepodległości nie były dla Polaków łatwe. Zakupom jedzenia na wigilijny stół nie towarzyszyły już sceny szturmów na sklepy, znane z okresu PRL, jednak towarów nadal brakowało. „Nie wiadomo, czy wszyscy kupią szynkę i baleron – pisała „Gazeta Wyborcza” o sytuacji na warszawskim rynku – bo jak na razie w sklepach widać jedynie śladowe ilości tych wędlin. Zakłady mięsne na Żeraniu – jak poinformował nas dyrektor ds. produkcji – ostatnią partię półtusz kupiły z zakładów w Ełku bez szynek, które wyeksportowano wcześniej. Więcej wędlin nie będzie, bo nie ma z czego ich robić, nie ma również zapasów, które zbierano zazwyczaj w październiku i listopadzie”.

Mimo coraz gorszych warunków życia nastroje społeczne jesienią 1989 r. były dobre. Rząd Tadeusza Mazowieckiego cieszył się rosnącym poparciem, które w listopadzie przekroczyło 80 proc. Również szeregi optymistów powiększały się z miesiąca na miesiąc – 57 proc. Polaków ufało, że w ciągu trzech lat nastąpi poprawa ich warunków życia.

Reformy, ochrzczone planem Balcerowicza, od początku spotkały się również z krytyką prasy. Jedni zarzucali mu, że jest „zbiorem pobożnych życzeń”, „naiwnym idealizmem”, „kontynuacją komunistycznych pseudoreform”, „historycznym oszustwem”, inni oskarżali ministra finansów o doktrynerstwo, ślepy radykalizm i brak wyobraźni co do społecznych kosztów transformacji. Pisano, że zamiast drogi ewolucyjnych przemian wybrał „skok na beton z podniesionej urynkowieniem wysokości”.

Tymczasem w Ministerstwie Finansów trwała walka z czasem. Nowe prawo trzeba było uchwalić jak najszybciej, tak żeby zaczęło obowiązywać 1 stycznia 1990 r. W przeciwnym razie Polska mogłaby nie otrzymać obiecanego przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy miliarda dolarów funduszu stabilizacyjnego, który był niezbędnym warunkiem wprowadzenia sztywnego kursu dolara – fundamentu polityki antyinflacyjnej. Sejm miał zająć się rozpatrzeniem projektów 17 grudnia na specjalnej sesji zwołanej po raz pierwszy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]