POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 42 (2526) z dnia 2005-10-22; s. 11-13

Raport / Wybory 2005

Tomasz Lis

Barwy kampanii

Od początku kampanii prezydenckiej, czyli od marcowej konwencji Lecha Kaczyńskiego, słyszę, że mamy kampanię w iście amerykańskim stylu. Zgoda, mamy, ze szczególnym naciskiem na „iście”.  Nasza kampania jest tak profesjonalna jak nigdy, ale amerykańska może się ona wydawać tylko temu, kto sądzi, że jej wyróżnikami są baloniki, flagi i ciosy poniżej pasa.

O tym, że kampanie polityczne w Polsce są bardziej profesjonalne niż kiedykolwiek wcześniej, świadczy smutny los człowieka, który kampanii prowadzić nie chciał i czekał, aż prezydentura zostanie mu podana na tacy. Włodzimierz Cimoszewicz sprawiał wrażenie, jakby chciał być prezydentem bez kandydowania. Wyglądał, jakby nie lubił wieców i nie przepadał za ludźmi, jakby widział elektorat, ale nie wyborców. Gdy zadano mu ciężki cios, był na niego zupełnie nieprzygotowany i psychicznie, i politycznie. Żadnej strategii wyjścia z opresji, zamiast niej niezborne występy Tomasza Nałęcza. Kandydat – żubr, bez zaplecza, bez sztabowców, bez werwy, bez pasji i bez entuzjazmu dla całego tego kampanijnego lunaparku – i tak by poległ. Na placu boju zostało dwóch kandydatów.

Te wybory na swój sposób wygrał Lech Kaczyński. To on jeszcze w marcu zdefiniował polityczny spór. Przełom czy kontynuacja, degrengolada czy rewolucja moralna, III czy IV RP? To Kaczyński podyktował warunki gry, a ponieważ oderwał się od stawki rywali, wszyscy musieli się do nich dostosować. Od początku ...

Nasza zabawa na koniec kampanii, w której proponowaliśmy cofnięcie się w czasie i głosowanie także na tych kandydatów, którzy albo wcześniej zrezygnowali, albo też nigdy naprawdę nie startowali (choć się o nich mówiło), została potraktowana przez respondentów na poważnie. Zwyciężyli jednak rzeczywiści pretendenci, choć, co istotne, z gorszymi wynikami niż w realnej pierwszej turze wyborów. Można z tego wnioskować, że wyborcze menu prezydenckie w 2005 r. nie było optymalne. Dobrze wylansowana Jolanta Kwaśniewska miałaby spore szanse, zwłaszcza zbierając głosy męża. Za wcześnie do wyborów zniechęcił się Włodzimierz Cimoszewicz.