POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 34-36

Społeczeństwo

Joanna Cieśla

Będzie (nie)równiej?

Rozmowa z dr. Przemysławem Sadurą z Instytutu Socjologii UW o społecznych skutkach zmian w oświacie

Joanna Cieśla: – Rząd, likwidując gimnazja, ogłosił, że chodzi o zmniejszanie nierówności społecznych. Pan także od lat zwracał uwagę, że polska szkoła utrwala podziały na lepsze i gorsze dzieci. Czy szkoła po reformie będzie lepsza?
Przemysław Sadura: – Nie widzę na to szans. Co ciekawe, politycy PiS pisali o powrocie 8-klasowych podstawówek już w programie partii z 2014 r., ale argument zwalczania nierówności pojawił się dopiero w 2016 r., w uzasadnieniu projektu ustawy.

Może doprecyzowano diagnozy?
Raczej chodziło o próbę dostosowania argumentów do faktów. Jednym ze źródeł reformatorskich zapędów PiS była populistyczna kalkulacja polityczna. Ponieważ PiS negował wszystko, co wprowadzała w poprzednich kadencjach PO, w przypadku każdej polityki publicznej szukał punktów oporu. Poparł i protesty rodziców 6-latków, i powszechne narzekania na gimnazja, bez baczenia na to, że badania ich czarnej legendy nie potwierdzają. Chodziło o to, by skonsumować jak najwięcej niezadowolenia.

Dziś okazuje się, że podstawówki, także te wiejskie, wydłużane właśnie do ośmiu lat, nie dostały pieniędzy na przygotowanie do nowych zadań – wyposażenie pracowni przedmiotowych, tworzenie dodatkowych sal. Wiejskie dzieci stracą na reformie?
Stracą. PiS, szukając poparcia w środowiskach ludowych, zajął się ich postulatami, a nie interesami. To obniżenie wieku szkolnego, a nie jego podniesienie, było w interesie osób o niższym statusie społeczno-ekonomicznym. Ale te osoby nie miały tego świadomości, bo PO z nimi nie rozmawiała – wdrażała i już. Podobnie jak wcześniej rząd AWS i UW. Za wprowadzeniem gimnazjów w 1999 r. stało przekonanie, że kraju na dorobku, jakim jest Polska, nie stać na dobre wyposażenie kilkunastu tysięcy szkół. Wprowadzono gimnazja jako szkoły większe, ściągające dzieci z większego obwodu, ale porządnie wyposażone. Okazały się mieć bardzo wyrównany poziom w miastach i na wsiach, podczas gdy podstawówki nie. Ale w środowiskach wiejskich bardzo duży opór wywołała częściowo związana z tamtą reformą, a częściowo z demografią, likwidacja lokalnych podstawówek. Dziś PiS wykorzystuje te emocje i przywraca punkt wyjścia: rozproszone i bardzo liczne 8-letnie szkoły podstawowe, na które nie ma pieniędzy.

Badacze edukacji, wśród nich pan, podkreślają, że kluczowy dla niwelowania nierówności jest dostęp do przedszkoli. Czy skoro dziś gmina w świetle prawa musi zapewnić miejsce wszystkim dzieciom, przynajmniej tę sprawę można uznać za załatwioną?
Ano właśnie nie. Z punktu widzenia wyrównywania szans najwięcej korzystają na przedszkolach dzieci ze środowisk o niższym kapitale społeczno-ekonomiczno-kulturowym, ale tylko gdy zaliczą pełne trzy lata opieki przedszkolnej. PiS ograniczyło obowiązek przedszkolny do jednego roku zerówki, w miejsce wcześniej planowanego obowiązkowego kontaktu z przedszkolem dla 4-latków. Co oznacza, że do przedszkoli nie dotrą dzieci najbardziej ich potrzebujące: z trudniejszych środowisk, pozbawione odpowiedniego wsparcia w domu.

Z drugiej strony wprowadzenie wymogu zapewnienia miejsca w przedszkolach dla wszystkich chętnych trzylatków wraz z cofnięciem sześciolatków do przedszkoli sprawia, że w dużych miastach dzieci w przedszkolach są upychane jak sardynki. Wskutek zawirowań systemu moja pięcioletnia dziś córka najpierw przez dwa lata z rzędu chodziła do „pierwszaków”, teraz straciła salę gimnastyczną, którą trzeba było zagospodarować na pomieszczenia dla dodatkowych roczników.

Zresztą w podstawówce mojego syna jest podobnie, oprócz dużej sali gimnastycznej była mniejsza, wykorzystywana jako sala teatralna albo do zajęć dodatkowych. I też już jej nie ma – bo trzeba gdzieś zmieścić siódme klasy. Ile takich sal gimnastycznych w przedszkolach czy w szkołach zlikwiduje reforma Zalewskiej? Nie wiem, czy ktoś to kiedykolwiek policzy, a to ogromna strata. Wracając do przedszkoli – rodzice gorzej wykształceni, mieszkający na wsi, nieprzekonani, że przedszkole jest dobre dla dzieci, mogą podjąć decyzję o pozostawieniu ich w domu. Z oczywistą szkodą dla ich późniejszych szans edukacyjnych.

Miejski 7-latek idzie więc do szkoły podstawowej po czterech latach w przedszkolu, w ciasnocie. Rówieśnik ze wsi, po roku obowiązkowego przedszkola, trafia do szkoły, gdzie w jednej sali uczą się pierwszoklasiści i drugoklasiści, bo szkoła jest mała i brakuje pomieszczeń, żeby ich podzielić. W czwartej klasie zaczyna chodzić na biologię do pracowni w pobliskim technikum, bo w jego podstawówce brakuje wyposażenia. To autentyczne historie ze szkół na prowincji. Najbardziej poszkodowane przez zmiany będą dzieci tych, którzy teraz się cieszą, że udało im się uratować małe szkoły w swoich społecznościach. Stoi za tym cynizm rządzących czy złe wyliczenia?<...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Dr Przemysław Sadura (ur. 1977) – socjolog i publicysta. W 2012 r. był autorem raportu „Szkoła i nierówności społeczne”. Kończy książkę „Państwo, szkoła, klasy” poświęconą związkom między organizacją systemu edukacji i strukturą klasową, która na początku przyszłego roku ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.