POLITYKA

Wtorek, 21 maja 2019

Polityka - nr 14 (2395) z dnia 2003-04-05; s. 64-66

Kultura / Kto lubi Virginię Woolf

Zygmunt Kałużyński

Bez szans na sens

Virginia Woolf, przypomniana ostatnio w filmie „Godziny”, była autorką dziesięciu powieści, które zapewniły jej czołowe miejsce w literaturze angielskiej. Jednak u nas jej twórczość nie wywołała zainteresowania. Dlaczego? Zapewne, paradoksalnie, z tego samego powodu, dla którego była ważna w kulturze angloamerykańskiej.

Virginia Woolf podjęła temat tam tradycyjny: powieść obyczajową, opartą na obserwacji życia codziennego, lecz wzbogaconą o nowoczesne środki wyrazu: pogłębienie psychologiczne, posługujące się odnotowaniem myśli, impulsów, odruchów emocjonalnych – co w prozie awangardowej określa się jako zapis strumienia świadomości. Nastąpiło to z pominięciem tematyki, która należała do beletrystyki dawnej: dzieje kariery, sukcesu materialnego, powodzenia lub niepowodzenia społecznego. Ten nowy styl – pisarstwo strumienia świadomości – wprowadził James Joyce w „Ulissesie” wydanym w 1922 r. i Woolf zainspirowała się nim w swojej głównej powieści „Pani Dalloway” (1925).

W kulturze angielskiej było to odkrycie, przenoszące do nowoczesności gatunek należący tam do klasycznego kanonu literatury, czyli tzw. powieść środowiskową (np. Jane Austen, stawiana tam obok Dickensa, u nas jest zaledwie znana i to raczej z filmów, nie z lektury). Właśnie sukces „Godzin” jest dowodem ciągłej żywotności tego – odświeżonego przez Joyce'a i Woolf – gatunku.

Film oparty jest na książce pod tymż...