POLITYKA

Sobota, 17 sierpnia 2019

Polityka - nr 13 (2901) z dnia 2013-03-27; s. 66-67

Świat

Marcin Wojciechowski

Bez targów z Łukaszenką

Rozmowa z Andriejem Sannikauem, białoruskim opozycjonistą, który przesiedział w więzieniu półtora roku, o granicy, której za kratkami nie można przekroczyć

Marcin Wojciechowski: – Bili pana?
Andriej Sannikau: – Politycznych starają się nie bić, ale wykorzystują każdą twoją słabość. Ja miałem poranioną nogę. Umieszczono mnie więc na podłodze pod pryczą, bo rzekomo w celach nie było miejsc. Potem posadzili mnie w celi bez toalety, a nie mogłem chodzić. Zwykłe wyjście za potrzebą to był koszmar. Na każdym kroku byłem poniżany i czułem, że władze robią wszystko, bym cierpiał jeszcze bardziej.

Ile przeszedł pan więzień w ciągu półtora roku?
Sześć więzień, trzy kolonie karne, osiem transportów. Przez pięć miesięcy siedziałem w pojedynczej celi. Nasze więzienia przypominają średniowiecze. Kamienna podłoga, dziura w ziemi, czasem twarda prycza. Żadne więzienie nie jest przyjemne, ale białoruskie szczególnie. Nawet jeśli wyposażenie jest w miarę normalne, to strażnicy zachowują się jak sadyści. Ciągłe upokorzenia, pełne podporządkowanie administracji, 80–90 proc. więźniów donosi na siebie nawzajem, licząc, że coś za to dostaną.

Jak pana próbowano złamać?
Na począ...

Andriej Sannikau, 59-letni lider opozycyjnego ruchu Europejska Białoruś, jest z wykształcenia dyplomatą; w latach 1995–96 był wiceszefem MSZ Białorusi. W 2010 r. wystartował w wyborach prezydenckich. Po masowych demonstracjach przeciwko sfałszowaniu tego głosowania został skazany na 5 lat więzienia za rzekome wywołanie zamieszek. Zwolniony przedterminowo w połowie zeszłego roku. Od jesieni mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie otrzymał azyl polityczny.