POLITYKA

Poniedziałek, 27 maja 2019

Polityka - nr 15 (3054) z dnia 2016-04-06; s. 116-121

Na własne oczy

Marta Mazuś

Białe płótna

Sztuka to najlepsza rzecz, jaka artystę naiwnego może spotkać w życiu.

Po przestrzeniach Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie tłum zwiedzających sunie elegancko oraz w uniesieniu. Zachłyśnięty art brutem, z francuskiego sztuką surową, nieprofesjonalistów. Można powiedzieć: artbrutystów, czyli tych, którzy nie tworzą wyuczoną techniką, tylko emocjami.

Dla zainteresowanych teorią jeszcze kilka podstawowych faktów – art brut narodził się dzięki kolekcjonerowi i handlarzowi win Jeanowi Dubuffetowi, który tuż po wojnie, w 1945 r., sztukę nietkniętą artystycznymi manierami zaczął zbierać po francuskich i szwajcarskich szpitalach psychiatrycznych i więzieniach.

A dziś jesteśmy w Warszawie, w 2016 r. Jest piątkowy wieczór, pora wernisażu.

Człowiek o 17 tys. twarzy

Garbusek z siwymi włosami stanął w rogu sali i zaczął przemówienie: To, co robię, to nie jest wcale, jak myślą niektórzy, żadne przebieranie. Bo garbusek to tak naprawdę 17 tys. ludzi w jednej tylko osobie. Na tę chwilę dokładnie 17 241 najróżniejszych ludzi; w sumie 32 foldery i 91,3 GB. Wcielenia jako czarno-białe fotografie wiszą na muzealnej ścianie. Jezus Chrystus, Charlie Chaplin, MT z K, czyli Machciński Tomasz z Kalisza, jego wcielenie ...