POLITYKA

Niedziela, 19 maja 2019

Polityka - nr 4 (2740) z dnia 2010-01-23; s. 82-84

Świat

Paweł Świeboda

Białe winko pod Białą Chmurą

Europejska, polinezyjska, maoryska, intrygująca. Leżąca na końcu świata Nowa Zelandia od wieków przyciąga ludzi, którzy wiedzą, czego chcą.

Cicho sza – mówi nasz angielski znajomy. Nowa Zelandia to najlepiej strzeżony sekret – twierdzi. Znajomy jeździ tam co roku na miesiąc, aby rozkoszować się zjawiskowym krajobrazem, wyśmienitym winem oraz towarzystwem pogodnych wyspiarzy. Sekret się trzyma przede wszystkim z uwagi na dystans. Aby dolecieć do Nowej Zelandii, trzeba półtora dnia spędzić w powietrzu. Z Polski jest to dokładnie przeciwległy koniec świata, nie da się tam spontanicznie udać na weekend czy nawet tydzień. Z drugiej strony jest lepiej, niż było. W połowie XIX w. europejscy osadnicy potrzebowali 4 lub 5 miesięcy, aby w spartańskich warunkach dotrzeć do wyspy.

Kraj odkrywano dwa razy. Najpierw holenderski podróżnik Abel Tasman w 1642 r. został szybko przepędzony przez tubylców. Następnie Brytyjczyk James Cook, któremu towarzyszyło dwóch polskich botaników Jan Rajnold Foster i jego syn Jan Jerzy Adam Foster, dotarli tam w 1769 r. Wśród brytyjskich kolonizatorów dominować mieli złodzieje, mordercy i gwałciciele z więzień w całym kraju. Nawet jednak lokalni ...