POLITYKA

Niedziela, 25 sierpnia 2019

Polityka - nr 51 (2787) z dnia 2010-12-18; s. 42-45

Raport

Jagienka Wilczak

Białoruś: jeszcze nie teraz

Aleksandr Łukaszenka panuje już 16 lat i nic nie wskazuje, by myślał o emeryturze. Nie musi. Właśnie szykuje się na kolejną kadencję.

Przed wyborami prezydenckimi 19 grudnia Mińsk żartuje, że Adam i Ewa też byli Białorusinami: oboje goli, bosi i mieli jedno jabłko na dwoje. Białorusini goli nie chodzą. Nie ma szpanu jak w Kijowie czy Doniecku, bo tu na szpan nie ma ani mody, ani przyzwolenia. Tylu Porsche, Ferrari czy Bentleyów co w Kijowie się nie zobaczy, choć aut znacznie przybyło, są już nawet korki. – To się Łukaszence udało, poziom życia się podniósł – przyznaje Aleksandr Milinkiewicz, jeden z najbardziej znanych i rozpoznawalnych na Zachodzie białoruskich opozycjonistów. Pensja nauczyciela wynosi 420 dol., jest obietnica prezydenta, że do końca roku średnie wynagrodzenie wzrośnie do pół tysiąca. Przybywa nowych mieszkań, rodzina z pięciorgiem dzieci dostaje je za darmo. System ekonomiczny nazywa się oficjalnie: gospodarka rynkowa zorientowana socjalnie.

Tyle że żyje się w strachu. Wszyscy są zatrudnieni w systemie rocznych kontraktów, których władza może nie odnowić. Bo większość firm jest państwowa, a prywatne tylko niektóre usługi i żywienie zbiorowe, restauracje. – Kto nie miesza się do ...

Prywatne życie Aleksandra

(JWin)

Na Białorusi nie ma tabloidów, co Aleksandr Łukaszenka uważa za jeden z sukcesów swoich rządów. I choć państwowa propaganda wyjątkowo oszczędnie dozuje szczegóły z prywatnego życia przywódcy, Białorusini doskonale wiedzą, że jego żona Galina, z którą dotąd się nie rozwiódł, pracuje w urzędzie powiatowym w prowincjonalnym Szkłowie na Mohylewszczyźnie. Galina, ponoć osoba bardzo ciepła i serdeczna, nigdy nie pełniła roli pierwszej damy, bo – przynajmniej oficjalnie – to ona nie chciała przenosić się na mińskie salony. W Szkłowie przysługuje jej dom, fundusz specjalny i ochroniarz, który odpędza wścibskich dziennikarzy. Galina i Aleksandr mają dwóch synów. 35-letni Wiktar uchodzi za zausznika ojca i szarą eminencję, nieformalnie kieruje siłami specjalnymi, KGB i wojskami ochrony pogranicza. O kilka lat młodszy Dymitr zawiaduje prezydenckim klubem sportowym.

Od lat nie jest żadną tajemnicą także drugi, nieformalny związek Łukaszenki z Iriną Abelską, jego byłą osobistą lekarką. Ich sześcioletni syn to ulubieniec 56-letniej obecnie głowy państwa: tata przebiera go w mundury, zabiera na wczasy, defilady i poligony, wspólnie składają zagraniczne wizyty. Kola siedząc na kolanach taty gawędził już z prezydentem Rosji, miał audiencję u papieża Benedykta XVI i oklaskiwał ceremonię otwarcia olimpiady w Pekinie.

Powszechnie wiadomo także, że prezydent nie jest pracoholikiem, szczególnie ostatnio wiele ze swoich obowiązków scedował na podwładnych, zbliża się do sześćdziesiątki, wiele wypoczywa, uprawia sporty, znane jest szczególnie jego zamiłowanie do hokeja, żyje zdrowo i bez ekstrawagancji, nawet kuchnię lubi prostą. I zapowiada, że to kilkuletni Kola będzie jego następcą. (JWin)

Wieś niesielska

(JWin)

Białorusini bardzo niedawno przeprowadzili się do miast, nie ma w Europie społeczeństwa silniej związanego z wsią. Dlatego w godle państwowym znalazły się kłosy zboża, koniczyna i kwiaty lnu, zresztą lniane serwety i obrusy są najbardziej popularną pamiątką przywożoną przez nielicznych turystów. Aleksandr Łukaszenka, sam były dyrektor sowchozu, lubi podkreślać, że Białoruś, pozbawiona surowców naturalnych, powinna czerpać dochody z eksportu płodów rolnych. Podczas akcji żniwnej radio i telewizja pokazują Łukaszenkę głaszczącego krowy, brodzącego w zbożu, codziennie informują też o ilościach wymłóconego ziarna.

Kiedy w lipcu i sierpniu pożary trawiły rosyjskie pola, prezydent zapowiedział, że Białoruś wzmocni pozycję negocjacyjną z wielkim sąsiadem. Oni sprzedają nam ropę i gaz – my im zaoferujemy zboże i ziemniaki, których Rosji w tym roku zabraknie. Zbożowo-ziemniaczana strategia negocjacyjna nie przyniosła jednak rezultatów, Rosjanie jakoś sobie poradzili.

Na Białorusi ziemia nadal należy do państwa, głównie do nierentownych kołchozów. Plony są niskie, więc wieś nie potrafi się utrzymać, generuje zaledwie kilka procent PKB, kosztując aż jedną piątą budżetu. Różnicę wyrównują zakłady przemysłowe, które dotują wielkie gospodarstwa, swoimi kołchozami opiekuje się bank centralny, zrzutka na jakiś kołchoz, na przykład remont cielętnika, to także częsty warunek stawiany inwestorom zagranicznym.

Jednocześnie białoruska wieś coraz bardziej się wyludnia, zaradni i młodzi przenoszą się do miast, ci, którzy zostają, pogrążają się w zalewanej samogonem beznadziei. Mieszczuchy zaglądają na wieś latem, gdy przyjeżdżają na dacze, by uprawiać działki z ziemniakami i innymi warzywami na własne potrzeby. Na daczę stać wielu, bo drewniany wiejski dom, z dużym obejściem, sadem, położony blisko lasu i z pięknym widokiem kosztuje kilka tysięcy złotych. Tyle co metr kwadratowy mieszkania w Mińsku. (JWin)