POLITYKA

Wtorek, 21 maja 2019

Polityka - nr 39 (2212) z dnia 1999-09-25; s. 40-44

Świat

Bogumiła Żongołłowicz

Biały Czarnoksiężnik

Jako przywódca Ku-Klux-Klanu starałem się uprawiać politykę nienawiści bez przemocy i łamania prawa. Nie oznacza to, że byłem w stanie przemoc wyeliminować, trudno ją bowiem oddzielić od nienawiści. Ludzie przystępują do KKK, aby zaprowadzać własny porządek świata siłą, a nie za pomocą dyskusji. Nie mogłem też być wszędzie. W każdym ze stanów istniało przeciętnie 70-80 grup KKK i każda z nich działała na własną rękę.

Chłopięcy sposób bycia sprawia, że trudno uwierzyć, że był pan przywódcą Ku-Klux-Klanu, organizacji prześladującej Murzynów, katolików, Żydów i emigrantów, odpowiedzialnej za palenie kościołów, wysadzanie w powietrze domów, lincze, tortury i morderstwa.

Wstąpiłem do KKK mając 14 lat. W wieku 17 lat zostałem jego pełnoprawnym członkiem, a w rok później zapaliłem pierwszy krzyż. Kolejnym stopniem wtajemniczenia był udział w dewastacji kościołów, w których, jak wierzyłem, składowano broń i narkotyki dostarczane Murzynom przez Żydów.

Skąd wzięła się pana fascynacja KKK?

Nie umiałem jeszcze czytać i pisać, gdy ojciec wpoił we mnie nienawiść do czarnych. Pamiętam jak pewnego dnia po powrocie z niedzielnej szkółki, do której zabierała mnie babcia, zanuciłem piosenkę, w której mowa była o tym, że Jezus kocha wszystkie dzieci na świecie niezależnie od koloru skóry. Ojciec skrzyczał mnie i zabronił do szkółki chodzić. Zachęcał mnie natomiast, abym przez otwarte okno samochodu wykrzykiwał obelgi pod adresem Murzynów stojących na ...