POLITYKA

Niedziela, 18 sierpnia 2019

Polityka - nr 30 (2203) z dnia 1999-07-24; s. 78-79

Społeczeństwo

Tomasz Trzciński

Bieg po milion

Lekka atletyka to już nie uboga krewna innych intratnych sportów. Największe gwiazdy bieżni, skoczni i rzutni zarabiają niewiele mniej niż asy światowych kortów czy pól golfowych. Lekkoatletyczna Złota Liga zamienia się w odpowiednika Wielkiego Szlema, a rachunki bankowe Marion Jones, Michaela Johnsona czy Hajlego Gebreselasjego ruszyły w pościg za kontami Martiny Hingis i Pete´a Samprasa.

Złota Liga to pomysł przedsiębiorczego prezesa Międzynarodowej Federacji Lekkiej Atletyki (IAAF), Włocha Primo Nebiolo, który trafnie wyczuł, że w czasach dyktatury telewizji nadchodzi koniunktura na widowiskowe pojedynki najsłynniejszych gladiatorów współczesności. Toczące się wartko jednodniowe mityngi gromadzą na stadionach, głównie zachodnioeuropejskich, tłumy nie mniejsze niż na meczach piłkarskich i biją rekordy oglądalności telewizyjnej. Ich organizatorzy nie mają kłopotów ze zdobyciem możnych sponsorów, którym reklamy zwracają z nawiązką to, co wyłożyli. I spirala interesu rozkręca się coraz szybciej.

Złota Liga to siedem wielkich mityngów w sezonie. Główną nagrodą jest milion dolarów do podziału między tych, którzy wygrali w swych konkurencjach wszystkie spotkania. W zeszłym, pierwszym roku Złotej Ligi tego niezwykłego wyczynu dokonali amerykańska czarna gazela sprintów Marion Jones i dwóch niezwykłych mistrzów biegów średnich i długich Marokańczyk Hiszam el-Gerruż i Etiopczyk Hajle Gebreselasje. Przypadło im po 330 tys. dolarów. Ten ostatni uczestniczył już wcześniej ...