POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 62-64

Historia

Aneta Prymaka-Oniszk

Bieżeńcy

W 1915 r. rosyjskie imperium zalała kilkumilionowa fala uchodźców m.in. z polskich ziem. Ich tragedia wyzwoliła niespotykaną obywatelską pomoc. Ale też niechęć. Mówiono, że niosą zarazę i przestępczość, nie chcą pracować i są roszczeniowi.

Wojna, nazwana później pierwszą światową, trwa już blisko rok. Ofiary większych bitew liczą się w dziesiątkach, nawet setkach tysięcy. Choć opłakują je rodziny po obu stronach frontu, walki toczą się daleko od Królestwa Polskiego i Białostocczyzny.

2 maja 1915 r. wojska niemiecko-austriackie atakują Rosjan pod Gorlicami i przełamują front. Ruszają w głąb zajętej wcześniej przez carską armię Galicji; 15 maja docierają do linii Sanu, 3 czerwca odbijają twierdzę Przemyśl, a 22 czerwca wkraczają do Lwowa. Wkrótce rozpoczynają ofensywę na północnym odcinku frontu. 5 sierpnia zajmą Warszawę, wcześniej Chełm, Lublin, Łomżę, Pułtusk; dalej na północy są już pod Rygą.

Klęska ujawnia kryzys w carskiej armii: nieudolne dowodzenie, słabe zaopatrzenie, zacofanie. Generałowie sięgają więc po taktykę spalonej ziemi, która dała zwycięstwo nad Napoleonem w 1812 r. „W trakcie cofania się, zawczasu (…) niszczyć posiewy przy pomocy koszenia lub w inny sposób – brzmi zarządzenie szefa sztabu gen. Mikołaja Januszkiewicza. – Ludność męską, prócz Żydów, w wieku, w którym obowiązuje służba wojskowa, wydalać na zaplecze, by nie zostawić jej w ręku przeciwnika; wszystkie zapasy chleba i paszy, bydło i konie obowiązkowo wywozić; łatwiej będzie ponownie zaopatrzyć ludność przy naszej ofensywie, niż zostawić przeciwnikowi, który i tak wszystko odbierze”.

Plany ewakuacji miast istniały od dawna. Na wschód pociągami jadą archiwa z urzędnikami, fabryki z personelem, szkoły i nauczyciele, dobra kultury. W tym samym kierunku, tyle że pieszo lub własnym wozem, mają też – zgodnie z decyzją wojskowych – wyruszyć chłopi. Specjalne oddziały, których zadaniem jest oczyszczenie wsi, z zapamiętaniem oddają się pracy. Krzyk wyganianych chłopów dociera do Petersburga, podnoszą się oburzone głosy. Rozkaz zostaje odwołany. Ale raz uruchomionej lawiny nie da się już zatrzymać.

„Szli dzień i noc. Hałas nie cichł nawet na chwilę” – będą wspominać mieszkańcy okolic Bielska Podlaskiego i Hajnówki. Główne drogi prowadzące na wschód są zatłoczone chłopskimi furmankami i pędzoną trzodą. Idący opowiadają straszliwe rzeczy o wojnie. Do miejscowych zaczyna docierać, że i ich czeka podobny los. Lokalne władze, zanim się ewakuują, rozdają druki, w których na poczet przyszłych odszkodowań należy spisywać utracony w wyniku wojny majątek. Każą uciekać, tak samo wojsko. Ludzi ogarnia strach, w wielu miejscach wybucha panika.

Giermaniec będzie babom obcinać cycki, dzieci topić w studniach, mężczyzn zabijać – niesie się po wsiach. Żyjący tradycyjnie, nieruszający się poza własną wieś chłopi wierzą w te pogłoski. Bo i kim owi najeźdźcy są? Ludzie mówią, a propaganda te plotki wzmacnia, że to potwory o jednym oku na czole. W powietrzu unosi się zapach spalenizny. Nocą na zachodzie widać krwawą łunę. Z dnia na dzień odgłosy wystrzałów stają się wyraźniejsze, bliższe.

Zdarza się, że kozacy wypędzają wieś, paląc ją na odchodnym. Często przestraszone wsie uciekają, nie czekając wojska. Niektórzy chronią się w lasach, próbując przeczekać, gdy spotkają ich wojskowi, pędzą dalej na wschód. (Ucieczka przed frontem nie jest w tej wojnie niczym nowym; o uchodźcach po austro-węgierskiej stronie czytaj art. „Wygonieni z Galicji”, POLITYKA 38/16).

Wyjeżdżających nikt nie rejestruje. Gdy po wyniszczającej drodze osiądą już w Rosji, organizacje pomocowe doliczą się ponad 3 mln uchodźców z zachodnich krańców imperium (z ziem polskich, białoruskich, ukraińskich, litewskich, łotewskich, estońskich). Z Królestwa Polskiego – więcej niż 600 tys. Największy exodus dotknie wschodnią Białostocczyznę, która stanowi część guberni grodzieńskiej znajdującej się poza Królestwem Polskim. Z dwumilionowej przed wojną populacji w Rosji znajdzie się aż 800 tys. osób – więcej niż z całego Królestwa! Z powiatów białostockiego, sokólskiego i bielskiego zniknie większość mieszkańców. Tu, podobnie jak na Chełmszczyźnie, decydujące okaże się wyznanie – do Rosji pojadą w większości zachęcani przez kler prawosławni chłopi, związani z etnosem białoruskim i ukraińskim, choć trudno mówić wtedy o wykształconej świadomości narodowej. Księża katoliccy raczej namawiają wiernych do pozostania.

Uchodźców z rosyjska określa się bieżeńcami. Nieznany wcześniej termin przylgnie do chłopów tłoczących się latem 1915 r. na drogach. Swoje majątki licznie opuszczają też ziemianie – ich dwory także płoną, a by dostać odszkodowanie, muszą przebywać po rosyjskiej stronie; dopada ich też wojenna panika – jednak oni mówić będą o sobie: wygnańcy. Posiadane majątki, obycie w świecie, sieć kontaktów, pozycja społeczna sprawią, że ich los będzie różny od bieżeńskiego. Zachowają wpływ na ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]