POLITYKA

Wtorek, 11 grudnia 2018

Polityka - nr 12 (2393) z dnia 2003-03-22; s. 76-79

Historia / Z dziejów łapówki w Polsce

Jerzy BesalaMirosław Nagielski  [wsp.]

Biorą nawet ryby

„Tymczasem Sieciech, wróciwszy do Polski (Wielkopolski), kusił chytrze znaczniejszych spośród nich (wielmożów śląskich) obietnicami i darami i powoli przeciągał ich na swoją stronę”, pisał Gall Anonim. To jeden z najstarszych w naszej historii śladów łapówkarstwa. Później spotykamy ich znacznie więcej.

Nie znajdujemy jednak w źródłach informacji o większych podejrzanych machinacjach w Polsce piastowskiej. Nie widać też w najdawniejszych kronikach, by możni uzyskiwali immunitety, czyli przywileje od panującego księcia, wskutek jakichś dwuznacznych machlojek. A może to po prostu skutek słabo rozwiniętej gospodarki towarowo-pieniężnej: „coś za coś” było taką normą, że nikt nie zauważał w tym nic nagannego.

Przyszedł renesans, inna niż w średniowieczu wizja doczesnego świata, to i łapownictwo rozpleniło się znacznie. Płaciła „upominki” Tatarom potężna Rzeczypospolita nawet za Stefana Batorego, byle powstrzymać okropną ordę krymską czy nogajską od pustoszenia Kresów. Przebogate dary wręczano wezyrom i innym dostojnikom tureckim. Bywało, że paszowie krzywili się na zbyt „ubogie” dary w pośpiechu kupowane przez poselstwa polskie na... bazarach Stambułu. Na dworze sułtana łapownictwo było normą i Polacy musieli się temu „systemowi” podporządkować, jeśli chcieli odnosić sukcesy dyplomatyczne.

Gdy Zygmunt I wstępował na tron w 1506 r., w kasie wielkiego Królestwa po podskarbim Jakubie Szydłowieckim zostało 61 zł, a nadto prawie 100 tys. florenów długu. Nic dziwnego, że ruch egzekucyjny szlachty ...