POLITYKA

Poniedziałek, 25 czerwca 2018

Polityka - nr 5 (3146) z dnia 2018-01-31; s. 23-25

Polityka

Joanna Podgórska

Bóg, honor i tężyzna

Rozmowa z socjologiem dr. hab. Mikołajem Rakusą-Suszczewskim o śmieszności nazistowskich radykałów i cichym przyzwoleniu władz na neofaszyzm.

Joanna Podgórska: – Toast za Polskę i Hitlera. Jak to się mieści w jednym mózgu?
Mikołaj Rakusa-Suszczewski: – Monstrualne głupoty, które wygadują neonaziści, świadczą o tym, że problem prawdy historycznej czy logiki idei jest dla nich wtórny, a nawet nieistotny.

Nie interesuje ich, że Hitler rozjechał Polskę walcem i wymordował tu 6 mln ludzi?
Z przykrością stwierdzam, że nie ma to dla nich specjalnego znaczenia. Oglądając reportaż „Superwizjera”, widzimy, że członkowie Dumy i Nowoczesności zachowują się trochę, jak chłopcy na podwórku, prężą się wokół tortu ze swastyką zrobionego z batoników. Dostrzegam w tym infantylizm, a nie duchowy czy intelektualny radykalizm. W Polsce radykalizm utożsamia się z takimi właśnie kuriozalnymi zachowaniami, ale według mnie nie ma w tym nic radykalnego – żadnej dociekliwości ani żadnej wizji, nawet żadnych ambicji. Sprawia to wrażenie głupiej zabawy. I trzeba tę groteskowość wytykać, bo jej boją się najbardziej. Przecież chcą być silni, groźni i budzić lęk.

Mnie reportaż w TVN24 kojarzył się chwilami z serialem „Allo, Allo”, ale u tych ludzi znaleziono nielegalną broń.
Przechodząc do interpretacji socjologicznej, można na to spojrzeć bardziej Marksem niż Freudem i zastanowić się, na ile jest to problem społeczny. Czy neonaziści to ludzie w szczególny sposób wykluczeni, sfrustrowani i bezrobotni? Raczej nie. Czy to ludzie pozbawieni nadziei, z poczuciem krzywdy? Gdy się ich słucha, trudno odnieść takie wrażenie. Czy to kwestia walki o status społeczny? Wydaje mi się, że to też nie jest odpowiedź. To ludzie, którzy poszukują jakiejś wspólnoty moralnej, poczucia więzi z grupą, ale definiują ją w szalenie prymitywny i opaczny sposób.

Wspólnota afektów, opierająca się na przemocy i nienawiści, na dłuższą metę nawet dla nich samych będzie nie do zaakceptowania. Poszukiwanie takiej wspólnoty może świadczyć nie tyle o poczuciu krzywdy czy niższego statusu, ale marginalizacji, życia poza społeczeństwem, które nie daje im na co dzień poczucia zakorzenienia i autentycznych więzi. W tym poszukiwaniu trafiają do tej dziwnej wspólnoty silnych afektów: podniecających, złowrogich i mrocznych.

Podobne wnioski płyną też z badań dr. Łukasza Jurczyszyna, który obserwował struktury ONR w małych miasteczkach. One działały w społecznej próżni. Jako jedyne miały dla młodych ludzi jakąś ofertę.
Mówimy w tym wypadku o długotrwałych zaniedbaniach, związanych z edukacją, budowaniem lokalnych więzi, funkcjonowaniem ważnych instytucji społecznych, takich jak Kościół, który w moim odczuciu zawiódł, bo mógłby lepiej wywiązywać się ze swoich funkcji wychowawczych i prospołecznych.

Kościół raczej flirtuje ze skrajnymi nacjonalistami. Zaprasza na Jasną Górę, organizuje im msze.
Bo język Kościoła również bywa manichejski, czarno-biały. To język podziałów, winy i grzechu; to język, który piętnuje. W tej narracji też pojawia się naród, jako ojczyźniana wspólnota, która chroni przed dekadencją liberalizmu.

Ale ja w tego rodzaju ruchach społecznych widzę także reakcję na kapitalizm z jego stosunkami społecznymi; kapitalizm, który zaistniał w Polsce szybko i zaowocował rewolucją w stosunkach międzyludzkich i kulturze codzienności. Poza dobrobytem i nowymi szansami przyniósł materializm, powierzchowność i swego rodzaju pustkę. W ruchach nazistowskich upatrywałbym poszukiwania jakichś „wzniosłych” alternatyw. Ich członkowie reprodukują jednak te same prymitywne i darwinowskie relacje, od których być może chcą uciec. Wydaje mi się, że to problem bezsilności ludzi, którzy nie posiadają dostatecznego kapitału społecznego i intelektualnego, by się bronić przed przygnębiającą prozą drobnomieszczańskiego życia.

Sam pan mówił, że neonazizm czy nacjonalizm to nie jest tylko kwestia dołów społecznych.
Bo nie jest. Proza kapitalizmu jest rzeczywistością nas wszystkich. Ale w większych miastach są alternatywy, a społeczną próżnię wypełniają liczne atrakcje i możliwości. Tępy ekstremizm rozpływa się tu w natłoku bodźców.

Na ile Duma i Nowoczesność, obchodząca urodziny Hitlera, jest reprezentatywna dla środowiska polskich nacjonalistów?
Trudno precyzyjnie odpowiedzieć. To ciągle słabo przebadany temat. Struktura ruchów neonazistowskich jest złożona, koncentrują się wokół klubów kibicowskich, sportowych, czasem grup rekonstrukcyjnych. Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jest patologiczny wymiar ruchu – rzesze tych brutalnych, agresywnych ludzi bez zahamowań, którzy w różnych formach ekstremizmu lokują, racjonalizują swoje psychologiczne fiksacje. Widzimy to choćby na festiwalu Orle Gniazdo. Tam przyjeżdża specyficzny typ ludzi: uchlani i agresywni, ale przecież w imię „idei”. Ci nie są śmieszni, ale niebezpieczni.

Ruchy nacjonalistyczne funkcjonują od początku III RP, ale wcześ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Dr hab. Mikołaj Rakusa-Suszczewski, socjolog i historyk idei. Absolwent Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego i Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales w Paryżu. Współzałożyciel Fundacji Zespołu Analizy Ruchów Społecznych. Pracuje w Centrum Europejskim UW. Prowadzi badania w zakresie historii idei, teorii ruchów społecznych i przemian kulturowych w Europie. Autor wydanej w ubiegłym roku książki „Cień radykalizmu”.