POLITYKA

Sobota, 25 maja 2019

Polityka - nr 50 (2223) z dnia 1999-12-11; s. 25-27

Kraj

Wojciech Markiewicz

Brak dowodów

Po raz piąty w ciągu ostatnich sześciu lat kierownictwo resortu spraw wewnętrznych przesunęło termin wprowadzenia nowych, bezpieczniejszych i nowocześniejszych dowodów osobistych. Tym razem na 2001 r. Argumentacja jest - delikatnie mówiąc - pokrętna.

Na początku polskich przemian nikt nie miał serca do zajmowania się nowymi dowodami. Już sama nazwa: "dowód osobisty" kojarzyła się z systemem represji. Funkcjonariusz milicji, który zwracał się do nas: "dowód", a w najlepszym razie: "dowodzik proszę", mógł się z tej książeczki dowiedzieć nie tylko tego, jak się nazywamy i gdzie mieszkamy, ale i tego, jaki jest nasz stan cywilny, gdzie pracujemy, ile mamy dzieci, jaką grupę krwi, czy i kiedy wyjeżdżaliśmy za granicę (adnotacja NBP o wykupieniu dewiz na wyjazd), a na koniec - już po transformacji - czy "zrealizowaliśmy prawo do otrzymania powszechnego świadectwa udziałowego".

Przez pierwsze trzy lata wydawało się nawet, że dowodów w ogóle nie będzie, bo przecież w kilku krajach, np. Stanach Zjednoczonych, jest to dokument nieznany, tam wystarczy np. prawo jazdy. Ale u nas - argumentowali zwolennicy dowodów - obowiązuje ustawa o ewidencji ludności i dowodach osobistych z 1974 r. z poprawkami, która nakłada na każdego obywatela obowiązek posiadania dowodu osobistego. Ustawę ...