POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 30 (2151) z dnia 1998-07-25; s. 38-40

Kultura

Zygmunt Kałużyński

Brigitte, ach, Brigitte!

Brigitte Bardot pisze o sobie w swoich "Pamiętnikach", które właśnie wyszły po polsku: "Moje nazwisko, wraz z wieżą Eiffla i de Gaulle´em, jest synonimem Francji na całym świecie. Tworzymy nierozdzielną trylogię, choć tak bardzo różnimy się wyglądem".

Rzeczywiście; jest w tym prawda do tego stopnia, że Brigitte posłużyła jako wzór dla popiersia Marianne, symbolizującego Republikę, jakie znajduje się w gabinecie każdego mera we Francji, zaś gen. de Gaulle osobiście wyraził podziękowanie pannie Bardot za uzyskanie dla kraju większej ilości dewiz niż zakłady Renaulta.

Jednak w kontraście do tego tryumfu są: zniewagi, rękoczyny oraz brak dostatecznej miłości, na co skarży się Brigitte. W Genewie podczas filmowania "Życia prywatnego" (1961), "nagle, w środku sceny, którą właśnie kręciliśmy, trzy centymetry od mojej głowy spadła doniczka z pelargonią, po czym obrzucono nas pomidorami, starymi koszykami, dzbankami wypełnionymi wodą, posypały się obelgi: kurwa do Francji! niech zdechnie! śmieci do śmieci! niech wsadzą ją do burdelu z jej kamerą!" Reżyserowie też nie traktowali jej czule: "Clouzot (przy filmowaniu ťPrawdyŤ, 1960) wymierzył mi dwa siarczyste policzki; natychmiast mu oddałam. Nieprzytomny z wściekłości, zmiażdżył mi stopy obcasami swoich butów. Byłam boso, krzyknęłam i zaczęłam płakać z bólu".

Bili ją również kochankowie - ...