POLITYKA

Poniedziałek, 20 maja 2019

Polityka - nr 3 (2176) z dnia 1999-01-16; s. 38-39

Świat

Grzegorz Dobiecki

Bruno Żmija

Jean-Marie Le Pen trafnie spostrzegł, że polityczne manewry, jakie od dłuższego już czasu w łonie Frontu Narodowego i na jego rubieżach prowadził Bruno Megret, partyjny numer drugi (patrz POLITYKA 14/98) - to sztylet wymierzony w wodzowskie serce. Na tym to sercu wyhodował żmiję, która nagle zapragnęła podstępnie wpełznąć na miejsce dobroczyńcy i mentora. Megret, widząc rozpad tradycyjnej prawicy republikańskiej, chce złagodzić oblicze frontu i przejmując głosy umiarkowanych wyborców - zbudować nowoczesną postlepenowską formację konserwatywną. Ugrupowanie, które zostałoby wpuszczone na salony polityczne Francji. Frontowi Le Pena nigdy się to nie udało.

Żmija Megret kąsać jęła na prawo i lewo, szerząc jadowite idee. Taką choćby, by na czele listy Frontu Narodowego w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego nie figurowała małżonka Le Pena (on sam, pozbawiony biernego prawa wyborczego wyrokiem francuskiego sądu za czynną, fizyczną napaść na kandydatkę socjalistów w poprzednich wyborach parlamentarnych, o fotel deputowanego europejskiego ubiegać się nie będzie mógł) - lecz by tę listę otwierał właśnie Bruno Megret. Później zaś, wobec niezgody lidera FN na ten projekt, zdrajcy zażądali zwołania w trybie pilnym nadzwyczajnego zjazdu Frontu. Ich zdaniem bowiem, FN nie jest własnością przewodniczącego ani żadnych biur politycznych, lecz należy do wszystkich aktywistów i wyborców tej partii.

To już był jawnie przygotowywany przewrót, "puczyk", jak to określił Jean-Marie Le Pen. Ojciec-założyciel Frontu, ostoja jego mocy i trwałości zapowiedział, iż nie weźmie tym razem przykładu z Juliusza Cezara. Czyli nie zasłoni sobie oczu, nie chcąc widzieć, jak wierny Brutus uderza nożem w jego pierś. Nie, on dobędzie sztylet i zabije pierwszy, by nie dać się ...